9/09/2017

Rozdział 10


***

Patrzyłam na swoje odbicie. Zawsze uważałam się za przeciętnie ładną, jednak ręce moich przyjaciółek, sprawiły, że stałam się jakby… Piękniejsza? Tak, zdecydowanie mogę tak to nazwać. Chociaż nigdy nie musiałam używać tuszu do rzęs, ponieważ od zawsze były gęste i długie, Eliza postanowiła zrobić je odżywką. Podobnie mam z brawami. Przyjaciółka bardzo często mi ich zazdrościła. Nigdy nie musiałam ich depilować, ani poprawić żadnymi kosmetykami. Czułam się trochę dziwnie, kiedy brunetka czesała mi je specjalną szczoteczką. Przeniosłam swój wzrok na średniej wielkości usta, pomalowane różowym błyszczykiem. Często mnie zastanawiało, jak ktoś mógł nałogowo oblizywać lub przygryzać wargi. Zawsze wydawało się to dla mnie niedorzeczne. No cóż, nigdy nie zabierałam ze sobą telefonu, kiedy szłam pojeździć lub pobiegać. Moją ujmą był nieznacznie zgarbiony nos (co było widać, kiedy nosiłam okulary przeciw słoneczne) oraz mało zaokrąglone biodra, które znacznie utrudniały mi wybór sukienki, ponieważ niektóre najzwyczajniej w świecie na mnie wiszą, co nie wygląda ani ładnie ani atrakcyjnie. Kolejna zaletą mojej twarzy były duże oczy, przez co nigdy nie musiałam ich nigdy nie musiałam ich podkreślać. Mimo tylu zalet, moja uroda pozostawała przeciętna.
Westchnęłam zawijając o palec kosmyk moich blond włosów, które Lea misternie upięła w pół koka, do którego wchodziły dwa warkoczyki zaplecione dokoła głowy i (mimo moich falowanych włosów) podkręciła delikatnie prostownicą końcówki. Nawet nie chce wiedzieć ile zużyła na nie lakieru. Czuję, że czeka mnie długie mycie włosów po powrocie. Wszystko dopełniała sukienka, którą miałam założoną na wernisażu oraz jasnobrązowe sandały na obcasie. Dziewczyny naprawdę się postarały o to bym wyglądała, jak księżniczka.
Oczywiście Eliza nie dawała mu spokoju w związku z tym, co chciał mi powiedzieć brunet. Sama byłam ciekawa, jednakże postanowiłam, że to on powinien wykonać pierwszy krok. Jeżeli faktycznie jestem dla niego kimś więcej niż tylko przyjaciółką, chcę by się postarał. Może niektórzy uznają to za staroświeckie (czego nie mam im za złe), jednak zostałam wychowana w przekonaniu, że to mężczyzna powinien starć się o swoja partnerkę, jeżeli mu na niej zależy. Schlebiała mi zazdrość bruneta. Bardzo. Zastanawiam się, jakby zagregował, gdyby zobaczył mnie taką (wystrojoną) z Tomem. Bawi mnie to (chociaż nie powinno) w jaki sposób okazuję swoją zazdrość i jednocześnie cieszy, że naprawdę nie jestem mu obojętna. Westchnęłam, słysząc samochód, zatrzymujący się przed domem. To pewnie Tom.


Rozejrzałam się po pokoju, poszukując telefonu. Zaczęłam się denerwować, nigdzie go nie spostrzegając. Akurat teraz musiałam go zgubić, kiedyś naprawdę zapomnę własnej głowy. Nie mogę pojechać bez niego. Słysząc jak mama zaprasza Toma do salonu, usiadłam zrezygnowana na łóżku.

 - Nel, kochanie – krzyknęła mama. – Tom przyszedł po ciebie.

Westchnęłam ponownie tego wieczoru. No nic… Muszę iść. Wzięłam zrezygnowana torebkę. Przejrzałam się ostatni raz w lustrze, sprawdzając, czy na pewno mogę się mu pokazać. Zeszłam ostrożnie po schodach, z zamiarem wejścia do salonu. Przystanęłam słysząc głos taty.
 - Jeżeli skrzywdzisz ja jeszcze raz, policzymy się. Zrozumiano? – powiedział stanowczym głosem. – To się cieszę – przyznał. – I pamiętaj, nigdy nie będzie dla Neli kimś więcej niż przyjacielem – ostrzegł.
 - Rozumiem – przytaknął nieco zawiedziony.
Weszłam niespiesznie do salonu. Stojąc w progu, zerknęłam na tatę, który obejmując mamę zmieniał kazał w telewizorze. Przeniosłam wzrok na Hudsona ubranego w granatową koszulę i ciemne jeansy. Uśmiechnęłam się do niego, gdy ten spojrzał na mnie oniemiały. Zarumieniłam się pod jego uporczywym spojrzeniem, czując rozpierające mnie od środka ciepło. Podobałam się mu. Podobałam. Nie wiem, dlaczego to jest dla mnie tak ważne. Przecież to zwykła randka, która o niczym nie świadczy, prawda? To TYLKO kolega, z którym chcę spędzić miło czas. Niemniej, to dziwne ciepło mnie nie opuszcza ani na moment. To nie fair, że mi go kiedyś odebrano. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, dopóki tata nie chrząknął zbyt głośno, by wyglądało to na naturalnie.
 - Pięknie wyglądasz – podszedł do mnie, wręczając moje ulubione kwiaty, lilie.
 - Dziękuje, ty też niczego sobie – pocałowałam go w policzek, dziękując za kwiaty.
 - Kochanie wstawię je do wazonu – widząc minę taty, mama przerwała mu nim zdążył się odezwać.
 - Będziemy się już szli. Prawda, Tom? – zerknęłam na chłopaka.
 - Dowiedzenia, miłego wieczoru – powiedział, biorąc mnie pod ramię.
 - Wam również! – krzyknęła na odchodnym mama.
Jechaliśmy w ciszy, którą przerywało jedynie radio, grając naszą ulubioną piosenkę. Nie była ona, jednak nie przyjemna. Wręcz przeciwnie. Przybliżała nas do siebie jeszcze bardziej. Po prostu byliśmy razem, na randce, która kiedyś nie miała prawa bytu. To zabawne w jaki sposób życie z nami igra. Niektóre sprawy przyjmują nieoczekiwany obrót lub okazują się kompletną klapą, chociaż się na takie nie zapowiadały. Nie zmieniłaby żadnej podjętej decyzji, którą dotąd podjęłam. Może będę w przyszłości płakać (przed czym tata, tak usilnie próbuje mnie ochronić), ale tylko w ten sposób nauczę się podejmować właściwie decyzje. Nie ukrywam, że bawi mnie jego zachowanie (taty) i reakcja Toma, na jego postawę wobec niego (czemu się nie dziwię). Wiem, że on potrafi być zaborczy i czuły jednocześnie (zawsze był taki jeżeli chodziło o mamę), co zawsze mi się podobało. Kiedy byłam mała nie rozumiała, dlaczego był tak zazdrosny o swoją żonę. Zawsze mu mówiła, że należy tylko do niego i nie ma powodów do zazdrości. Z czasem jednak zrozumiałam. Bał się, że obcy mężczyzna może mu ją zabrać lub okazać się lepszym kandydatem na męża i ojca. Nigdy nie wyobrażałam sobie innego człowieka w jego roli. Mój tato jest świetny.
Uśmiechnęłam się, czując jak chłopak łapie moją dłoń w swoją, zamykając tym samym w szczelnym uścisku, jakby musiał się przekonać, czy to na pewno rzeczywistość, a nie sen, który z nim igra. Chłopak odwzajemnił mój śmiech. To jednak nie był ten, który sprawiał, że moje nogi miękły, jakby były zrobione z waty. Starałam się nie porównywać Hudsona do Scotta, jednakże to było silniejsze ode mnie. Nigdy nie byłam z tego dumna, jak z tego, że pragnęłam coraz więcej i więcej bliskości przyjaciela. Ciężko znoszę nasze rozstania, kiedy musi wyjechać do innego miasta, gdzie jest koniecznie potrzebny lub tam ma znaleźć koniec swojej sprawy. Zawsze wtedy kupował mi jednego misia lub kwiaty. To było uroczę. Nigdy nie sądziłam, że może to oznaczać coś więcej nic przyjaźń. Nadal nie jestem do końca o tym przekonana. Chociaż wszystko na to wskazuję, chce to usłyszeć od niego. Pragnę, by powiedział mi, jak bardzo mnie kocha i doprowadza go do szaleństwa nasza długa rozłąka. Dopóki takie słowa nie padną z jego ust, nie uwierzę, że jestem dla niego kimś więcej niż teraz i przedtem. Może nasz pocałunek coś, jednak dla niego znaczył i bał mi się powiedzieć, z obawy, że go odrzucę lub ograniczę naszą znajomość. Jestem okropna. Zgodziłam się na randkę z Tomem, a moje myśli, cały czas zajmuję osoba Jamesa.
 - Jesteśmy na miejscu – uśmiechnął się Tom, parkując blisko jeziora.
Pamiętam to miejsce. Uwielbiałam tu z nim przychodzić. Zawsze patrzyliśmy na gwiazdy i szukaliśmy ulubionej konstelacji, którą był Orion. Kiedy skończyłam naszą znajomość, nigdy więcej nie starałam się go szukać. Oboje leżeliśmy na kocu i jedliśmy kanapki z serem, szynką, sałatą i pomidorem. Chłopak zawsze mi oddawał sałatę, której wręcz nienawidził. Twierdził, że jest okropnie gorzka. Oczywiście miał racje, ale trochę przesadzał. Nie narzekałam na to. To rzecz jasna była przystawka. Potem danie główne – tortille. Były zimne, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. Tom zawsze miał wtedy pretekst, by mnie przytulić, uważając, że to jedyny sposób, dzięki któremu było mi ciepło. Lubiłam ten nasz mały rytuał. Na sam koniec zawsze podawał truskawki, do których podawał słodką, gorzka i mleczna czekoladę. Uśmiechnęłam się.
Tom otworzył mi drzwi, pomagając wysiąść z samochodu. Spojrzałam na koszyk, który trzymał w dłoni. No tak, to było do przewidzenia. Z wielką chęcią powtórzę naszą tradycję. To są jedne z lepszych chwil, jakie z nim przeżyłam. Uśmiechnęłam się widząc jezioro. W jego tafli odbijał się las, znajdujący tuż nad brzegiem naprzeciwległej stronie oraz księżyc. Pociągnęłam chłopaka w stronę brzegu, podekscytowana dzisiejszym wieczorem. Dzisiaj musi być idealnie. Chce, by tak było. Pomogłam mu rozłożyć koc, na którym potem usiedliśmy. Spojrzałam na ruchy Hudsona. Grzebał w koszu piknikowym zawzięcie czegoś szukając. Zaśmiałam się, kiedy westchnął z zadowoleniem, wyciągając dwa papierowe talerzyki i kubki.
 - Mam nadzieję, że nadal lubisz jeść tą zieleninę – skrzywił się, wyciągając kanapki.
 - Tak, nadal lubię – zaśmiałam się, odwijając je z foli. – Powinieneś ją polubić – wyciągnęłam listek z jednej z kanapek.
 - Podziękuje – uśmiechnął się, biorąc połówkę.
 - Jak chcesz – wzruszyłam ramionami, zajadając się kanapka z podwójną sałatą. – Tak dawno tu nie byłam – westchnąłem, połykając. – Nic się tu nie zmieniło – rozejrzałam się w około.
 - To tylko pozory, kochanie – zaśmiał się.
Nazwał mnie kochaniem. Może jednak chce czegoś więcej. Chociaż mógł się po prostu przejęzyczyć. Najlepiej będzie jeśli to zignoruje, a jeśli sam zacznie temat, wyjaśnię, że nic do niego nie czuje.
 - No może wszystko… oprócz tego, że wciąż jesz w ekspresowym tempie – spojrzałam jak pochłania ostatni kęs. – Nie dziwie się, że jesteś w stanie zjeść więcej.
 - Co jak co, ale jest w tym dużo korzyści dla ciebie, żółwiku – zaśmiał.
 - Może i masz rację – wywróciłam oczami, udając obrażoną.
Bardzo się cieszę z tego, że jest jak dawniej. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo brakowało mi obecności i bliskości szatyna. Danie mu drugiej szansy, okazało się jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam w ostatnim czasie. Moje życie ruszyło w końcu do przodu, z czego jestem dumna. To moje największe osiągniecie, jak dotychczas. Spojrzałam na chłopaka, który wyciągał z koszyka tortille. Zajadaliśmy się zimnym ciastem, podziwiając widok, rozciągający się przed nami Mimo, że często tu przyjeżdżaliśmy, nadal nie znam drogi. Mam w końcu świetną orientację w terenie. Kiedyś, gdyby nie Tom, zgubiłabym się w Los Angeles (i co z tego, że tu mieszkam od… zawsze), ponieważ nie zauważyłam, że minęłam mój przystanek. Zresztą sama się sobie nie dziwię, to miasto nie jest małe.
 - Masz truskawki, prawda? – zapytałam z nadzieją. – Nie zapomniałeś? – zapytałam entuzjastycznie.
 - Gdzieżbym śmiał.
Patrzyłam jak rozkłada kolejno wszystkie pojemniczki z płynną czekoladą.
 - Zawsze się zastanawiałam, jak to robisz.
 - Moja tajemnica – zaśmiał. – Musimy je wszystkie zjeść – położył truskawki na kocu – zanim przejdziemy do małej niespodzianki.
 - Jest coś o wiele lepszego? – zapytałam zdziwiona, biorąc kęs truskawki.
 - Sama się przekonasz – wytarł kciukiem czekoladę z kącika moich ust.

Nie chciałam robić mu żadnych nadziei, więc nie zareagowałam na jego gest. Miał rację. Zmieniło się i to dużo. Kiedyś powiedziałby mi, że usmarowałam się czekoladą. Może go skrzywdzę, mówiąc, że pomiędzy nami nigdy nie będzie czegoś poważnego, jak związek. Uśmiechnęłam się, widząc ostatnią truskawkę. Zgarnęłam ją dla siebie, zamaczając w każdej z czekolad. Są takie pyszne. Jeżeli ktoś wymyślił lepszy deser niż to, nie uwierzę dopóki nie spróbuje. Tom zaśmiał się, pakując wszystko do koszyka. Spojrzałam z żalem na resztki czekolady, która wylądowała na dnie.
 - O nie, teraz czas na niespodziankę – zaśmiał się.
 - No dobrze – westchnęłam, pomagając składać mu koc.
Chwilę później, prowadził mnie w nieznanym mi kierunku. Gdyby nie to, że mu poniekąd ufam, nie odważyłabym się iść za nim w ciemno. Spojrzałam na nasze splecione dłonie. Jego dotyk był inny niż Jamesa. Scott trzymał mnie w sposób, jakbym była tylko jego – mocno, ale delikatnie. Tom natomiast, jakby bał się, że zaraz mu ucieknę, chociaż nie zamierzam. Zawsze się zastanawiałam, jakby wyglądał nasz związek. Przez pewien czas nawet tego chciałam. Wyobrażałam sobie wściekłe spojrzenie Lily, kiedy chłopak mnie obejmował z zamiarem pocałowania. Nasze role, jednak się odwróciły. To on obejmował ją z zamiarem pocałowania, kiedy ja przypatrywałam się im wściekła (nie na nich, lecz na siebie). Wtedy postanowiłam, że żaden mężczyzna, który zna blondynkę, nie zawróci mi w głowie. I prawie się tak stało, prawie. Nie przewidziałam tego, że to on może ją poznać.
 - Jesteśmy – poinformował, udając się w stronę pomostu. – Czeka nas mała wycieczka po jeziorze.
 - Naprawdę? – wybałuszyłam oczy, widząc, jak ciągnie mnie na koniec drewnianych desek.
Chłopak zaśmiał się w odpowiedzi, ukazując szereg białych zębów. Pomógł mi wejść ostrożnie do łódki. Bałam się, że zacznie się ona niespodziewanie kołysać i wpadniemy razem do lodowatej wody. Tak się jednak nie stało. Patrzyłam na Toma, który zajął się wiosłowaniem. Powoli oddalaliśmy się od pomostu, wypływając na środek jeziora. Zmieniło się tu i to bardzo dużo. Las powiększył swoją przestrzeń, a w naszym ulubionym miejscy rosła nowa wierzba. Trzcina porosła znaczą część brzegu. W świetle księżyca to wszystko, zapierało dech w piersiach. Rozglądałam się dokoła, ciesząc się chwilą, jak małe dziecko. Zerknęłam kątem oka na Toma, który przyglądał mi się z uśmiechem.
 - Coś nie tak? – uniosłam brwi.
 - Nel – zaczął – ja… zaprosiłem cię tu nie bez powodu. – Spięłam się na jego słowa. – Chcę czegoś więcej niż odbudowanej przyjaźni. Pragnę, byś nazywała mnie swoim kochaniem i patrzała na mnie z taką czułością, jaką dziewczyna patrzy na swojego chłopaka.
 - Tom, nie kocham cię – przełknęłam głośno ślinę. – Nie skłamię mówiąc, że byłam w tobie zauroczona, jednak to było kiedyś. Tamto uczucie nie wróci – spojrzałam na dłonie, bawiąc się nimi nerwowo.
Nie sądziłam, że będzie mi, aż tak niezręcznie, kiedy to powiem. Uciekanie przed prawdą niczego nam nie da. Może jestem w tej chwili bezduszna, ale nie chce dawać mu nadziei na coś, co nie ma prawa bytu. Kocham Jamesa. Zrobiłam błąd, zgadzając się na tą randkę, która i tak pomiędzy nami nic nie zmienia. Chęć zobaczenia reakcji Scotta, okazała się większa niż myślałam. Zachowałam się w sposób niedojrzały. Jest mi teraz głupio, kiedy muszę mu odmówić, ale inaczej nie mogę.
 - Rozumiem – westchnął. – Nel, spójrz na mnie.
Nie zareagowałam
 - Nel, proszę – uniósł palcami mój podbródek. – Nie mam ci tego za złe. Wiem, że kochasz Jamesa.

Patrzyłam na niego oniemiała, nie widząc jak zareagować. On wiedział i mimo to, spróbował. Zachłysnęłam się powietrzem, tracąc równowagę. Chłopak złapał mnie za rękę, ratując tym samym przed wpadnięciem do wody. Nie sądziłam, że to aż tak widać. W takim razie, czy rodzice wiedzą co do niego czuję? Nigdy nie poruszyli przy mnie takiego tematu. To jest jeszcze bardziej niepokojące, ponieważ jeżeli chodzi o Toma, przeprowadzili ze mną taką rozmowę. Tata zawsze powtarzał, że wie najlepiej co jest dobre dla jego córki. Chociaż wydaje mi się, że dużo bardziej wolałby mieć w rodzinie Jamesa niż… Nel, ten wieczór należy do Hudsona, zapominasz się.
 - Tom…
Przerwał mi wibrujący telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Lea? Bez powodu, by nie zadzwoniła. Zwłaszcza, kiedy mam randkę. Spojrzałam przepraszająco na chłopaka, wciskając zieloną słuchawkę.
 - Halo? Lea…
 - Eliza z Mattem mieli wypadek – przerwała mi, szlochając. – Oni mogą nie przeżyć Nel – chlipnęła. – Musisz tu przyjechać, jesteśmy w Little Company of Mary Hospital Pavilion.
 - Zaraz będziemy, obiecuje – rozłączyłam się.
Przygryzłam wargę, próbując nie rozpłakać się. Mogę stracić przyjaciółkę. Eliza może umrzeć. Moim ciałem zawładną niepochamowany szloch. Zdezorientowany Tom objął mnie ramieniem. Schowałam twarz z zagłębieniu jego szyi. Musimy jechać. Jeżeli ma odejść, chce się z nią pożegnać. Wciągnęłam z sykiem powietrze. Błagam, ona nie może umrzeć. Brunetka zawsze chciała założyć rodzinę z Mattem. No błagam! Mieli się pobrać! Mieli już prawie wszystko przygotowane.
 - Neli…
 - Musimy jechać do Little Company of Mary Hospital Pavilion, natychmiast – podciągnęłam nosem. – Błagam.



                Przez całą drogę do szpitala, próbowałam skontaktować się z Jamesem. Nie odbierał i nie odpowiedział na żadną z dwudziestu wiadomości. Może jest zajęty. Miał być teraz w pracy. Przygryzłam wargę. Gdyby nie Eliza, nigdy nie zaprzyjaźniłabym się z dziewczynami. Po ostatniej pseudo „przyjaźni” z Lily, nie chciałam się z nikim przyjaźnić. Nadal pamiętam z jakim uśmiechem do mnie podeszła. Mimo, że są starsze traktowały mnie, jak równą sobie. Nigdy im tego nie zapomnę. Dzięki nim, przestałam być aspołeczna. Zamknęłam oczy, czując napływające do nich łzy. Boję się. Tak bardzo się boję, że już nigdy nie zobaczę jej szerokiego uśmiechu i nie usłyszę zaraźliwego śmiechu.
Przełknęłam ślinę, czując jak Tom ściska moją rękę. Jestem mu wdzięczna za to, że mnie wspiera. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, ale zamiast uśmiechu wyszedł grymas. Wrócił do obserwowania drogi, nadal trzymając moją dłoń. Jestem pewna, że podjęłam dobrą decyzje. Nawet jeśli będę cierpieć. Nikt nie zastąpi mi Jamesa. Podobnie jak Elizie Matta. Co jeżeli ona przeżyje, a on nie? Nie pozbiera się po tym. Była w nich zakochana do szaleństwa. Sama powtarzała, że woli umrzeć niż żyć bez blondyna. Co powie James i Jack, kiedy dowiedzą się, że stracili brata? Są ze sobą bardzo zżyci. Przygryzłam wargę, przymykając oczy.
 - Nel, jesteśmy.
Pokiwałam nieznacznie głową, wychodząc z auta. Pociągnięta za rękę, szłam w stronę szpitala. Błagam, niech to się okaże zwykłym koszmarem. Weszłam niepewnie do środka. Zauważając zapłakaną Leę, wpadłam w jej ramiona. Rozpłakałam się na nowo, mocząc jej biały top. Odsunęłam się od niej, patrząc na załamanego Jacka, który siedział na plastikowym krzesełku. Przysiadłam się do niego, zwracając na siebie jego uwagę. Złapałam jego rękę, chcąc dodać mu otuchy. Uśmiechnął się do mnie niemrawo.
 - Nel – zaczął Tom – pójdę już. Musicie zostać sami, nie chce przeszkadzać.
 - Dziękuję – wyszeptałam, tuląc się do niego. – Za wszystko.
Uśmiechnąwszy się, opuścił szpital. Westchnęłam, czując irytację, wywołaną wibrującym w torebce telefonem. Wyciągnąwszy urządzenie z torebki, spojrzałam na wyświetlacz. James Scott został oznaczany na zdjęciu Lily Brown. Wybałuszyłam oczy, widząc śmiejącą się parę. Wściekła, spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie, na którym Lily udaje, że karmi bruneta donutem. Rozumiem, że to jest ta jego praca?! Dlatego nie mógł odebrać tego głupiego telefonu?! On sobie żartuje?! Życie jego brata jest zagrożone, a on chodzi sobie z Brown na donuty. Przymknęłam oczy. Wiedziała. Wiedziała, że tak będzie. Sama go pewnie namówiła, żeby nie odbierał.
Czując metaliczny posmak, oblizałam wargę. Nawet nie wiem, kiedy ją przegryzłam. Opadłam na krzesełko, wpatrując się w Leę, tulącą się do Jacka. Cieszę się, że są dla siebie oparciem. Poniekąd zazdroszczę przyjaciółce tego, że nie mogę teraz przytulić się do Jamesa tak, jak ona do najmłodszego Scotta. Mimo, że jestem na niego wściekła, potrzebuję go. Otarłam szybkim ruchem dłoni łzę, która spływała mi po policzku. Chciałabym o niego walczyć, ale nie mam siły.
 - Jack!
 - James? – zdezorientowany chłopak poderwał się z miejsca. – Gdzieś ty był?! Dzwoniłem do ciebie!  Życie Matta jest zagrożone, a ty…
 - Zajadał się donutami z Brown – prychnęłam.
Przyjaciel spojrzał na mnie niezrozumiale. Ha! Nie przewidział, że blondynka zechce się pochwalić ich spotkaniem. Pokręciłam zirytowana głową.
 - Nie patrz tak, zdążyła się pochwalić – zaśmiałam się drwiąco.
 - Miałem wyłączony telefon. Włączyłem go dopiero piętnaście minut…
 - Niech zgadnę, pomysł Lily? – uniosłam zirytowana brew, przytulając Leę.
 - Ne…
 - Nie obchodzi mnie ta głupia blondyna – warknął Jack. – Masz odbierać ten piep*ny telefon, kiedy się do ciebie dzwoni! Co jeślibyśmy cię potrzebowali? Pomyślałeś? – popchnąwszy bruneta, udał się w stronę wyjścia. – Idę się przewietrzyć, zaraz zwariuję!
 - Idę z tobą – burknęła wstająca brunetka.
 - Nie miał prawa tak o niej mówić – westchnął siadając naprzeciwko mnie, kręcąc głową.
W odpowiedzi prychnęłam, wstając. Nie sądziłam, że jak się pojawi będę, aż tak wściekła. Oczywiście, że nie widzi problemu! No jakżeby inaczej. Skoro pani „Idealna”, zawsze ma racje.
 - O co ci chodzi?
 - Jeszcze pytasz? – pokręciłam rozbawiona głową. – Nigdy nie wyłączasz telefonu! Oczywiście panna „Idealna” chciała, więc to zrobiłeś! Jesteś durny James.
 - Słuchaj – wstał zdenerwowany – jakbyś nie zauważyła walczą o życie mojego brata! I mogłabyś chociaż na chwilę przestać z tą twoją chorą zazdrością o Lily! – krzyknął. – Mi też jest ciężko! – przeczesał ręką włosy. – Nie ja byłem na randce! – warknął. – Ciekawe gdzie jest twój wybawiciel, bo tu go nie widzę!
 - Przywiózł tu mnie i wspierał, ale zostawił nas samych, bo rozumiał, że tego potrzebujemy. To nie jego brat walczy o życie – zacisnęłam zęby, hamując cisnące łzy.
 - Ty też popełniasz błędy, Nel – warknął zirytowany. – Więc może zamiast obarczać mnie winą… po prostu mnie przytulisz. Potrzebuję cię – szepnął, zamykając oczy.
 - Przepraszam – wymamrotałam, tuląc się do niego.
****
Cześć i czołem!
Blogger robi mi dziwne odstępy, pomiędzy wierszami. Nie mam pojęcia jak to naprawić.
No to co, zbliżamy się do końca. Mogę powiedzieć, że najbliższe dwa rozdziały i epilog będą bardzo ciężkie dla Nel. I za propozycja jednej osoby (ona wie o kim mówię), postanowiłam zrobić rozdział bonusowy, który będzie małym gratisem i niespodzianką ode mnie.
Co myślicie o zazdrości Nel? Dobrze zrobiła zgadzając się na tą randkę?
Pozdrawiam!
xo




2 komentarze:

  1. Dobra, zaczynając od początku... Powalały mnie te wcięcia w nawiasach. Trochę, jakby Nel staczała wewnętrzną bitwę ze swoimi własnymi myślami.
    Dlaczego mam wrażenie, że Nel wcale nie ma ochoty iść z Tomem? Mogą iść jako... przyjaciele? Czy to całkiem nierealne? Przecież nie powiedzieli sobie „będziemy znowu razem”.
    Tata Nel mnie rozwalił. Jaki groźny... tatuś-rycerz.
    Nel jest gorsza od Emmy. Powaga.
    Błagam, powiedz, że „kochanie”, to tylko przyzwyczajenie sytuacyjne?
    Eee... Trzeba dodać trochę oleju. Właściwie to średnio sporo. Jeśli nie jest chłodno, to czekolada się nie skrzepnie.
    Dlaczego, jak przeczytałam o Jamesie, nagle zaczęłam się cieszyć jak głupia do sera? Tak, wiem, że go baardzo głupie.
    Brawo. Powiedziała to wprost i oby dotarło. Plaster zerwany, można iść do domu.
    Jak on wie, że kocha Jamesa, to teraz pasowałoby to wyraźnie oznajmić samemu zainteresowanemu, prawda?
    Mieli wypadek i mogą nie przeżyć? O mamusiu...
    Oj tam, to pewnie jakaś stara fotka.
    Jejciu, jaka smutna końcówka. Rozdział świetny! Czekam na nn! Pozdrawiam!
    Chyba będziesz musiała wejść w edycję szablonu i zmniejszyć interlinię. Nic innego mi nie przychodzi do głowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego James jest taki ugghhh? Aż mam ochotę go zabić. Niby ją kocha, ale nie potrafi się jakoś ogarnąć i zdecydować.
    Nel też w sumie nie jest święta. Tom miał nadzieję i nici wyszły.
    Wydaję mi się, że lily tak je tylko akurat teraz wstawiła specjalnie, a on był w pracy.
    Fajny rozdział i czekam :)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz jest motywujący!