7/31/2017

Rozdział 7

Od ślubu minęły dwa dni. Tom nie odzywał się, więc uznałam, że zwyczajnie chciał mieć osobę towarzyszącą na uroczystość. Trochę mi przykro. Może jednak nie ma czasu na to, żeby napisać. Po za tym mówił, że wyjeżdża na trochę. Obiecał, że pokaże mi wszystkie zdjęcia, które zrobi. Zapewnił mnie, że parę z nich będę chciała namalować. Nie mogę się doczekać. Uśmiechnęłam się, widząc skończony portret Matt’a, obejmującego Elizę w pasie. Uroczo razem wyglądają. Dziewczyna poświeciła się prawie całą sobą, ślubowi. Wcale mnie to nie zaskoczyło, jednak Matt narzeka, że przez to w ogóle o siebie nie dba. Przede wszystkim się nie wysypia, chociaż rok akademicki, skończył się dla niej. Mimo, że nie mają dużo czasu na organizację, większość spraw ma już zapięte na ostatni guzik. Mężczyzna się o nią martwi. Nie chce, żeby coś się jej stało, a wszystko do tego prowadzi.
Odłożywszy ich portret by wysechł, na sztaludze postawiłam nowe płótno. Obiecałam pani Brown, że namaluję ją wraz z mężem. Wczoraj mi wysłała jedno ze zdjęć ślubnych. Cieszę się, że wkrótce zakończenie roku i mogę sobie pozwolić na spędzenie więcej czasu w pracowni. Uśmiechnęłam się widząc, jak ojciec Lilli przytula do siebie żonę. Wykonawszy początkowy zarys, usiadłam na fotelu, znajdującego się pod oknem. Może faktycznie powinnam dać szansę Lilli. Tom ją ode mnie dostał. Tylko, że… on żałuje tego co się stało. A ona? Nadal brnie w tą swoją grę, przekupywania wszystkich na swoją stronę. Czasami mam ochotę wykrzyczeć jej wszystko w twarz. Powstrzymuje mnie jednak to, że James się z nią zakolegował. Zastanawiam się jak wygląda ich relacja. Ona oczekuje czegoś więcej. Tylko czego? Czy naprawdę podoba się jej Scott? A może to kolejna z jej gierek? Mężczyzna widzi w niej prawdopodobnie tylko koleżankę. W takim razie dlaczego troszczy się o nią bardziej niż o przyjaciółkę? Rozumiem, może i jestem silniejsza niż ona, ale to nie oznacza, że nie potrzebuje tyle samo troski. Odkąd pamiętam, pakuję się w jakieś kłopoty. Czy moja przyjaźń z tą dziewczyną, była tylko kolejnym błędem mojego życia do kolekcji? Westchnąwszy, przymknęłam oczy.
 - Nel! – usłyszałam głos mojej rodzicielki, dochodzący z salonu. – Możesz mi przynieś ten zielony segregator? – zapytała z wyczuwalną nadzieją w głosie.
Jest padnięta. Wiem to. Czasami mam wrażenie, że zdecydowanie za dużo na siebie bierze. Jestem jednak pewna, że tata o nią dba i nie pozwoli, by zaniedbywała siebie i swoje zdrowie.
 - Już idę! – odkrzyknęłam, ruszając do ich wspólnego gabinetu.
Po raz tysięczny, przypatrywałam się zdjęciom zawieszonym na korytarzu. Moja rodzina zawsze była zgrana. Nie pamiętam nawet, żeby zaistniały jakieś poważniejsze konflikty. Owszem był kłótnie, ale kończyły się zawsze kompromisem. Kochałam ją za to, nie ważne jak bardzo źle się stanie, zawsze będziemy razem. Uśmiechnęłam się, widząc ślubne zdjęcie rodziców.
Wszedłszy do gabinetu. Rozejrzałam się po pólkach, jednakże nie znalazłam żadnego zielonego segregatora. Zajrzałam niepewnie, do szafki w biurku mamy. Jest! To musi być ten. Swoją drogę, ciekawe nad czym teraz pracują. Zawsze mi pozwalali patrzeć na dokumenty, pod warunkiem, że to co przeczytam zachowam dla siebie. Zajrzałam na pierwszą z kartek. Sąd… przyznaje prawa rodzicielskie państwu Adkins nad Nel Seyfierd. Co?! Nie, nie, nie… To jakaś chora pomyłka. Nie mogę być adoptowana! Przecież jestem bardzo podobna do mamy! To nie możliwe. Wyciągnąwszy kartkę, ruszyłam do salonu. Jak mogli to przede mną zataić? Przez osiemnaście lat myślałam, że jestem ich rodzoną córką! Rozumiem, że mogli się bać. Jednak nic nie tłumaczy tego, że to zataili! To dlatego nigdy nie widziałam mojego aktu urodzenia, mimo, że Max’a widziałam bardzo często. Mama bała się, że poznam prawdę. Weszłam wściekła do salonu, przykuwając uwagę zdziwionej kłamczuszki.
 - Jak długo?! – powiedziałam, niemal krzycząc. – Jak długo, zamierzaliście to ukrywać? – rzuciłam w nią dokumentem.
Podniosła go, zakrywając dłonią usta. Chciałbym wiedzieć, co teraz myśli. Zagryzłam wargę, próbując nie rozpłakać się. Przeniosła wzrok na mnie, chcąc podejść, ale się cofnęłam.
 - Nel… Daj wytłumaczyć – zaczęła.
Nim zdążyłam usłyszeć resztę, wybiegłam z domu, wpadając na tatę. Zdziwiony, chciał mnie zatrzymać, ale wyrwałam się mu. Nie zwracając uwagi na nic, przebiegłam przez ulicę, nie rozglądając się. W ostatniej sekundzie, usunęłam się z drogi, pędzącemu samochodowi. Przez swoją głupotę, mogłam stracić życie. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Biegłam tak szybko, jak tylko potrafiłam. Nie mając siły i czując ból w kostce, upadłam pod drzewem na kolana, dając upust moim łzą. Oparłszy się o pień drzewa, podkuliłam nogi. Rozumiem… Rozumiem, że nie chcieli mnie stracić. Nigdy bym jednak nie szukała swoich biologicznych rodziców. Oni nimi nie są, nigdy bym ich tak nie nazwała. To moi teraźniejsi rodzice zapewnili mi miłość i kochający dom. Christopher i Anne Adkins są moją rodziną. Kocham ich. To boli, że ukrywali przede mną prawdę. Jakby mi nie ufali. Podciągnęłam nosem, czując kolejne łzy, napływające do oczu. Zawiedli moje zaufanie.
 - Nel – wzdrygnęłam się na moje imię, wypowiedziane przez bruneta. – Nel – powtórzył, kucając przede mną. – Oni cię kochają. Zawsze byłaś i będziesz ich córką – dotknął mojego łokcia. – Neli, popatrz na mnie – siedziałam w bezruchu.
Jeśli przyszedł mnie przekonywać, że powinnam tam teraz wrócić, to może sobie iść. Nie chce ich na razie widzieć. Muszę wszystko przemyśleć. Nie jestem gotowa na konfrontacje z nimi. Nie teraz, gdy jestem roztrzęsiona. Poczułam jak siada naprzeciw mnie, stykając się swoimi nogami z moimi.
 - Neli popatrz na mnie – powtórzył cierpliwie z czułością. Niechętnie wykonałam jego prośbę. – Kochają cię – położył dłoń na moim policzku, ocierając kciukiem łzy.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam mu w oczy, próbując wykrztusić z siebie choćby jedno słowo. Jestem mu wdzięczna za to, że przy mnie jest. Potrzebuję go. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Nie chce, żeby widział we mnie osobę, która za wszelką cenę szuka pocieszenia. Wie, że taka nie jestem.
Nim zorientowałam się co się dzieje, siedziałam na jego kolanach, otulona jego ramionami. Wtuliłam się w niego, płacząc.
 - Też ich kocham – załkałam. – Boli mnie, że nie ufa…
 - Sh… - przerwał mi, głaszcząc mnie po włosach. – Nic nie mów, wiem – pocałował mnie w skroń. – Oni też wiedzą – zaczął się kołysać. – Błagam. Nie przebiegaj na drugi raz tak nierozważnie przez ulicę. Nie chce cię stracić – głos mu zadrżał.
Zacisnęłam mocniej ręce, słuchając bicia jego serca. Nie ważne jak bardzo moje życie skomplikuje się, James przy mnie będzie. Scott jest jak mój anioł stróż. Był zawsze przy mnie, gdy tego potrzebowałam. Nawet w tedy, gdy samochód potracił mojego psa. Uśmiechnęłam się, uspokajając się.
 - Dziękuje James – podciągnęłam nosem, nie odrywając się od niego. – Zawsze przy mnie jesteś.
 - Wiem, że ostatnio zawaliłem, ale to się nie powtórzy – szepnął. – Jest coś co chciałbym ci pokazać – zaczął niepewnie, odsuwając się ode mnie.
Spojrzałam na niego pytająco. Nigdy nie uważałam, że poznałam go do końca. Nie da się poznać dogłębnie drugiej osoby. Tak myślę. Jest tyle sytuacji, w których go jeszcze nie widziałam. Jeżeli jednak chce pokazać mi kolejną cząstkę siebie, z wielką chęcią się na to zgodzę.
 - Musisz mi jednak zaufać, nie ważne dokąd cię zaprowadzę – patrzył na mnie wyczekująco.
 - Zgadzam się – uścisnęłam lekko jego dłoń, chcąc dodać mu otuchy.
               Uśmiechnęłam się, czując nadal jego rękę na moim biodrze. Przez cała drogę mnie obejmował, jakby bał się, że zrezygnuję. Lubię czuć jego bliskość, działa na mnie uspokajająco. Pozwala opanować swoje emocje. Uśmiechnęłam się, widząc jego skupianą na drodze, minę. Jestem ciekawa co chce mi pokazać. Z minuty na minutę ona rośnie, kiedy czuje jak spina mięśnie, jakby nie był pewny tego co robi. Nie może być chyba aż tak źle. Prawda?
 - Jesteśmy – stanęliśmy przed dość dużym budynkiem, otoczonym starą poniszczoną bramą.
Spojrzałam na chłopaka, marszcząc brwi, kiedy pociągnął mnie w stronę uliczki. Zaczynam się coraz bardziej bać, tego co zaraz nastąpi. James by mnie nie skrzywdził, jestem tego pewna, ale ten budynek nie wygląda przekonująco. Wygląda jakby ktoś obdarłby go z tynku, pozostawiając dziury z nagimi cegłami. Okna są poniszczone, a w niektórych widać nawet pęknięcia. Cofnęłam się widząc tylko połowę schodów. Brunet spojrzał na mnie pytająco. Nie odpowiedziałam. Boje się tego co tam zastanę. Mężczyzna z powrotem objął mnie w pasie, chcąc dodać odwagi.
W końcu weszliśmy przez – o dziwo, nowe drzwi. Znajdowaliśmy się w średniej wielkości, nieco obskurnym hall’u. W ścianach były dziury, a po obu stronach wisiały wieszaki. W pomieszczeniu znajdowały się dwie pary drzwi. Na jednej z nich została przymocowana plakietka ze zdartym napisem. Przybliżyłam się do przyjaciela, bojąc się tego co mnie tu czeka. Ku mojemu niezadowoleniu, puścił moje biodro. Zamiast tego, złapał mnie za rękę, skręcając w prawo. Weszliśmy do prowizorycznego jadalnio-salonu. Zaskoczona spojrzałam na Scott’a.
 - Witaj w domu dziecka – uśmiechnął się smutno.
 - Dżejms! – z korytarza dobiegł nas głos małej dziewczynki.
Mała rzuciła się mu na szyję, wtulając się w niego.
 - Przysedłeś jus po mnie? – zapytała z iskierkami w oczach.
 - Nadal nad tym pracuję – puścił jej oczko, postawiając na ziemi.
Przyjrzałam się uważniej dziewczynce. Wyglądała na około pięć lat. Miała jasne blond włosy, sięgające do jej łopatek oraz duże niebieskie oczy. Zadarła lekko nosek, patrząc na mnie. Poprawiwszy swoją sukienkę, wciągnęła w moim kierunku swoja malutką dłoń.
 - Jestem Emily – uścisnęłam ją lekko, kucając przed nią. – Jesteś dziewcyną Dżejms’a? – wypaliła nagle. – Bo wiesz…
 - Nie, nie jest – zgromił ją wzrokiem.
 - Jak tam chcesz, tylko…
 - Emily – powiedział zirytowany.
 - No dobrze, trzeba było mówić, że to jest sekret – przytuliła się do mnie.
 - Wiesz, że może będę miała nowego tatusia? – wskazała na bruneta.
Spojrzałam na niego, spod uniesionych brwi. Nie powiedział mi. Najwyraźniej nie chce niczego zapeszać, rozumiem. Adopcja nie jest łatwym procederem. Jestem wdzięczna rodzicom, że mnie przygarnęli. Nie chciałbym mieszkać w takim miejscu. To nie przypomina domu. Dzieci nie powinny tu w ogóle przebywać. To wygląda bardziej jak zakład psychiatryczny. One potrzebują kochającego domu i rodziny.
 - Nie słuchałaś! – tupnęła nogą dziewczynka.
 - Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnęłam się, próbując stłumić śmiech.
 - To pobawis się ze mną? Dużo o tobie słysałam – uśmiechnęła się szeroko.
 - Emily! – zgromił ją James.
               Przez całe nasze spotkanie James pilnował, żeby mała nie powiedziała czegoś niekomfortowego dla niego. To było zabawne patrzeć, jak próbuje ją uciszyć, mam nadzieję, swoją przyszłą córeczkę. Razem wyglądają naprawdę uroczo. Przykro mi, że mała musi być z innymi dzieciakami w takim miejscu. Nawet nie chce liczyć ile dostała laurek, obrazków i zdjęć od dzieci. Przygryzłam wargę, czując napływające do moich oczu łzy. Dlaczego nikt się nimi nie zainteresuje? Te małe istotki są wspaniałe. Co prawda niektóre są rozrabiakami, próbującymi zwrócić na siebie uwagę. One potrzebują tylko odrobinę uwagi i miłości. Zdecydowana większość z nich będzie przez całe swoje życie w domu dziecka, dopóki nie osiągnie pełnoletności.
Czując jak James obejmuje mnie w pasie, wtuliłam się w niego. Pocałował mnie w czoło.
 - Będziesz przy mnie, gdy będę z nimi rozmawiała? – zapytałam, połykając łzy. – Nie chce być sama.
 - Nie będziesz – potarł moje ramię. – Będzie dobrze, zobaczysz. Jestem tego pewien – przepuścił mnie, bym weszła pierwsza do domu.
Weszłam niepewnie, rozglądając się. Spojrzałam na mamę, tulącą się do taty. Wiem, że płakała. Mężczyzna odwrócił w moim kierunku wzrok. Patrzyłam w jego zaszklone oczy, widząc w nich skruchę. Szepnął coś do mamy, bo ta od razu odwróciła się w moją stronę.
 - Nel! – podbiegła do mnie, zamykając w szczelnym uścisku. – Tak bardzo się bałam – pocałowała mnie w czoło, płacząc.
 - Skarbie, nie rób tak więcej – dołączył do nas tata, obejmując nas dwie. – Nigdy.
Siedziałam, czekając aż James przyniesie nam herbatę. Chciał sobie pójść, ale mu na to nie pozwoliłam. Wyegzekwowałam tylko to, by poszedł do mojego pokoju. Rozumiem, że chce dać nam chwile prywatności, ale obiecał, że mnie nie zostawi.
 - Dziękuję, kochanie – zwróciła się do James’a, mama.
 - Proszę bardzo – uśmiechnąwszy się, skierował w stronę schodów.
 - Długo starliśmy się dziecko – zaczęła mama – jednak wszystkie nasze starania szły na marne. Usłyszałam od lekarzy, że nie będę mogła mieć dzieci. W jednej chwili cały świat, zawalił mi się na głowę. Pewnego dnia tata zaproponował, byśmy zaadoptowali dziecko. Z początku podeszłam do tego sceptycznie. Bałam się, że nigdy nie zostanę pokochana jak matka. Jednak po długich namowach, zgodziłam się – spojrzała na swojego męża.
 - Kiedy weszliśmy do domu dziecka, usłyszeliśmy płacz. Uspokajały cię trzy opiekunki – zaśmiał się przez łzy. – Nie dawały sobie z tobą rady. Ani myślałaś o uspokojeniu się. Weszliśmy niepewnie do pokoju, widząc jak te trzy kobiety stoją nad twoim łóżeczkiem i zastanawiają się co zrobić. Kiedy podeszliśmy do twojego łóżeczka, natychmiastowo przestałaś płakać. Zaczęłaś się śmiać na nasz widok, wyciągając swoje rączki. Już w tedy wiedzieliśmy, że będziesz nasza – uśmiechnął się na to wspomnienie.
 - Dlaczego to przede mną ukrywaliście? – zapytałam nurtujące mnie pytanie.
 - Wiele razy próbowaliśmy zacząć ten temat, naprawdę – zapewniła mama. – Wybaczysz nam? – zapytała z nadzieją w głosie.
 - Już dawno to zrobiłam. Dziękuje – przytuliłam się do nich. – A teraz wybaczcie, ale James na mnie czeka – uśmiechnąwszy się, udałam do pokoju.
****
Cześć i czołem!
Witam ponownie.
Musicie wybaczyć, ale miałam kijowy net i nie dodałabym.
Pozdrawiam!


2 komentarze:

  1. Coś mi się przypomniało. Wiesz, że oglądam kanał „Szparagi”? Obejrzałam przed czytaniem wczorajszy filmik. Tam były takie teorie, czemu nie dzwoni, że normalnie...
    Dobra, skoro Matt i Eliza są teraz w fazie miesiąca miodowego, to ciekawe, jak długo to potrwa. Wiem, to trochę wredne z mojej strony, ale nieźle przyśpieszasz akcję i trochę szybko się to dzieje.
    A może przyjaźń Nel i Lili jeszcze da się uratować, co? Wiem, że Lili zachowuje się jak świnia i tak dalej, ale nikt nie zachowuje się tak bez powodu. Coś musiało się stać. Nie wiem, może to już było wcześniej, ale może to przegapiłam, albo po prostu zapomniałam? Muszę się cofnąć do poprzednich rozdziałów. Obie na pewno potrzebują długiej i szczerej rozmowy, tylko obie muszą chcieć to sobie nawzajem wyjaśnić.
    Jest adoptowana i co z tego? Rety, była kochana, a Ci ludzie ją wychowali. Wiem, że mogę tak sobie gadać, wiem, że to może być dla niej szok i tak dalej, ale bądźmy szczerzy. Ci ludzie ją wychowali. Nie uważali jej za gorszą i tak dalej. No i jeszcze jedno. Takich rzeczy nie mówi się przy codziennym obiedzie. Myślę, że powinna trochę ochłonąć, a ja muszę jeszcze raz obejrzeć ten zwiastun.
    Z resztą... spójrz na Clarka. Wiedział, że jest adoptowany, ale pewnego dnia się dowiedział, że jest kosmitą z innej planety. Czy to był dla niego szok? Oczywiście!
    No, ale na szczęście jest James, który powiedział jej to na głos.
    O, już lubię tą Emily. Mała zdecydowanie wymiata. Wali prosto z mostu, jak to dzieci, ale i tak wymiata.
    Ale pomogło i Net przynajmniej pogadała szczerze z rodzicami. Rozdział super! Czekam na nn! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha wiem, miałam taki zamiar. Po ukończeniu to będzie blog do przeczytania w jeden dzień.
      Nie będzie nawet 15 rozdziałów. I to celowy zabieg.
      Wiem, sama mam adoptowanego brata, ale to zupełnie inna historia.
      A z Elizą to tak, że Matt się jej oświadczył, w którymś rozdziale chyba 2 albo 3 i nie chcą czekać, wiec pobierają eis w wakacje. Łapią chwilę xd.

      Usuń

Każdy komentarz jest motywujący!