8/11/2017

Rozdział 8

Chciałabym, by rodzice byli przykładem dla innych. Nie wiem czy odważyłabym się z nimi porozmawiać na ten temat, gdyby nie James. Brunet uświadomił mi jakie mam szczęście. Co by się stało, gdyby to nie oni mnie wzięli? Czy poznałabym ich kiedykolwiek? Minęła na ulicy? Może mieszkałabym teraz w Grecji lub Kanadzie. Mimo wielu przeszkód jakie musiałam pokonać, nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne. Uśmiechnęłam się patrząc na zdjęcia. Kocham swoją rodzinę, bez względu na to co się w niej dzieje. Westchnąwszy, weszłam do pokoju. Przeniosłam wzrok, na leżącego w łóżku bruneta, oglądającego album ze zdjęciami. No tak, uzupełniłam go ostatnio o parę nowych chwil z życia. Położyłam się koło niego, zerkając na jedną ze stron. Fotografia przedstawiała nas, siedzących w kajaku. Śmiejemy się do siebie z nieśmiesznego żartu Jacka. Pamiętam tamten dzień. Lea zrobiła nam to zdjęcie. Matt nie chciał wejść tamtego dnia do tego transportu, jednak jakimś cudem Eliza go przekonała. Mężczyźnie tak się to spodobało, że zabrał ją na randkę w taką podróż. Czasami warto pokonać własne słabości. Od tamtego czasu starszy Scott, zapisał się nawet do miejscowego klubu kajakowego.
Przyjaciel objął mnie ramieniem, więc ułożyłam wygodnie na nim głowę. Przerzucił klejoną kartkę. Poczułam jak jego klatka piersiowa wibruje. Powstrzymuje się od śmiechu… No tak. Na następnym zdjęciu, jesteśmy na urodzinach Jacka. Jestem cała w bitej śmietanie, która miała wylądować na Jamesie. Kiedy wychodziłam na taras, najmłodszy Scott, próbował zemścić się na brunecie za to, że pokazał Lei jego tapetę, która oczywiście przedstawiała nią samą. Niewiele myśląc chwycił miskę z bitą śmietaną, chcąc wylać ją na brata. James jednak odskoczył w ostatnim momencie i moja letnia sukienka została cała ubabrana w białej pyszności. Zaśmiałam się, przypominając sobie piętnasto minutowe przeprosiny Jacka. Miałam pójść wtedy do domu, przebrać się, ale James powiedział, że pożyczy mi bluzę. Nie zgodziłam. Miałam już wyjść, ale Eliza pożyczyła mi spodenki. W ten sposób James już nie odzyskał tej bluzy. Z resztą, nawet się o nią nie upomniał, więc uznałam, że mi ją „pożyczył”.
Następna strona była poświęcona zdjęciom z toru. Przyjaciel obiecał mojemu bratu, że zabierze go do swojego kolegi. Pamiętam, że mama uparła się, bym pojechała z nimi. Oczywiście ku niezadowoleniu Maxa, który nie wyobrażał sobie męskiego wypadu z dziewczyną. Nie dziwie mu się, ale to był warunek, dzięki któremu mama się zgodziła. Jeżeli chodzi o takie sprawy, tata zawsze był bardziej ugodowy. Zazwyczaj to on namawiał swoja żonę, by się zgodziła. Max ostatecznie pogodził się z moją obecnością, gdy obiecałam, że będę trzymała się z boku. Pierwsza od góry fotografia przedstawia brata, wygrywającego z brunetem. James był zmuszony postawić nam pizzę, chociaż zarzekał się, że zrobiłby to i bez tego. Na następnym zdjęciu, znajdującym się pod tamtym, był sam Max. Stoi na nim z wyciągniętymi kciukami w górę, ubrany w specjalny stój. Kolejne ujęcie prezentuje, jak chłopacy obejmują się, ubrani w kaski. W domu musieliśmy jeszcze długo nasłuchiwać się o tym, jak bardzo świetny był ten wyjazd. Na sam koniec nawet oznajmił, że na coś się przydałam. Cytuje: „Zdjęcia same, by się nie zrobiły.” Napisałam to nawet na tej kartce, obok tego zdjęcia.
Zaśmiałam się, widząc kolejną stronę. Byliśmy wtedy na plaży. Urządziliśmy sobie małe zawody sportowe w siatkówkę. Jako pierwsi przegrali Matt z Elizą, ponieważ więcej uwagi zwracali na siebie, niż spadającą na ich połowę piłkę. W końcu doszło do ostatecznego starcia pomiędzy mną i Jamesem a Leą i Jackiem. Kiedy był już remis i graliśmy o ostatni punkt, James źle odbił piłkę dołem, przez co ona trafiła w dwie dziewczyny, siedzące za nami. Nie mając wyboru, musiał je przeprosić. Nim zdążył do nich podejść, one podeszły nas. W końcu doszli po porozumienia, jakim było właśnie to zdęcie. Na ujęciu widać Jamesa obejmującego dwie dziewczyny. Muszę przyznać, że byłam zazdrosna, kiedy je robiłam. Byłam na siebie za to zła. Nigdy wcześniej nie byłam zazdrosna. Nawet o Toma. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Może Hudsona nie darzyłam tak silnym uczuciem. Nie wiem.
 - Zaraz wracam – James odłożył album. Podniosłam się, umożliwiając mu wstanie.

Odprowadziwszy bruneta do drzwi, przewróciłam kolejną kartkę. Pamiętam tamtą dyskotekę. James nie chciał się zgodzić, bym z nimi poszła, twierdząc, że jestem niepełnoletnia. Wiem, że to nie był prawdziwy powód, ale nigdy więcej o to nie zapytałam. Fotografia przedstawia grupę sześciu osób, szeroko uśmiechających się. Przyjaciel przez cały czas pilnował mnie, by nic mi się nie stało. Owszem to było miłe, ale trochę przesadzał. Niespodziewanie do naszego stolika podeszła jedna z dziewczyn, która dostała piłką na plaży. James niechętnie zgodził się pójść z nią zatańczyć. Tak zostałam sama przy stoliku. Nadal zastanawiam się, jak chłopacy załatwili stolik VIP. Nawet Eliza nie zdołała dowiedzieć się tego od Matta. Nie zauważyłam, kiedy dosiadł się do mnie obcy mężczyzna. Mimo, że było czuć od niego dość mocno alkoholem, był trzeźwy. W końcu po długich namowach, zgodziłam się z nim zatańczyć. Muszę przyznać, że był świetnym tancerzem. Po dość długiej chwili jego ręka, zaczęła zjeżdżać coraz niżej po moich plecach. Chciałam mu zwrócić uwagę, ale uprzedził mnie James, mówiący, by sobie na za dużo nie pozwalał. Odciągnąwszy mnie od tamtego faceta, zaprowadził do naszego stolika, mówiąc, że moje postępowanie było lekkomyślne. Miałam mu to za złe, więc nie odzywałam się do niego. Pr…
Ze wspomnień wyrwał mnie wibrujący telefon. Otworzyłam zdezorientowana wiadomość.
Od nieznany:
Do Nel:
James wspominał, że przeprowadza się do New York City?
Słucham? Przeprowadza? Zaraz… Kogo to jest numer? Skądś go znam… No tak! To Lily. Mam rozumieć, że jej powiedział a mi nie? To jakiś żart? Może i jestem w tej chwilo zazdrosna o to, że ją poinformował a mnie nie, ale… to mój przyjaciel. Sam mi powiedział, że się z nią tylko koleguje. Chyba powinnam wiedzieć, że się przeprowadza. Jeżeli jestem dla niego ważna, to dlaczego mi tego nie powiedział?! Co jeżeli on się z nią przyjaźni, a mi boi się o tym powiedzieć. Może… Nie, nie powinnam go o nic oskarżać. Powinien sam mi to wytłumaczyć. Prawdopodobnie to kolejna zagrywka blondynki, by nas ze sobą skłócić. Westchnąwszy usiadłam na krawędzi łóżka. Nie wiem jak zniosę jego przeprowadzę, czy w ogóle odważę się mu wyznać, co do niego czuję.
 - Jestem – brunet posłał mi uśmiech, wchodząc z karoten ogromnej pizzy i talerzami.
 - Fajnie – westchnęłam, patrząc jak odkłada wszystko na biurko.
 - Coś się stało, Nel? – podszedł do mnie niepewnie.
Podałam mu telefon z otwartą wiadomością od blondynki, stając naprzeciw niego. Brunet wybałuszył oczy, czytając wiadomość. Chciał coś powiedzieć, ale natychmiast tego zaniechał, marszcząc brwi.
 - Nel, to jest numer Lily – podniósł na mnie wzrok.
 - Wiem, kiedyś znałam go na pamięć – przewróciłam oczami.
 - Nel – zaczął – chciałem Ci powiedzieć, przyrzekam – spojrzał na mnie niepewnie. – Dowiedziałem się o tym w dzień ślubu. Próbowałem ci to powiedzieć podczas naszego tańca i na tarasie, ale za każdym razem nam przerywano – przeczesał ręką włosy. – Chciałem ci to teraz powiedzieć, naprawdę. Nie wiem skąd Lily się o tym dowiedziała, ponieważ nie mówiłem jej o tym. Ze mną wie o tym Eliza, Matt i Jack. Ostatnimi osobami, które miały się o tym dowiedzieć, jesteś ty i Lea. Uwierz, proszę – spojrzał na mnie błagalnie. – Wiem, że ostat…
 - Wierzę – przerwałam mu, przytulając się do niego.
Poczułam jak jego ramiona, zamykają mnie w szczelnym uścisku. Nie okłamałby mnie w tak ważnej sprawie. Sam był zaskoczony, kiedy zorientował się, że to numer Lily. Może to pokaże mu prawdę o niej. Przymknęłam oczy, czując jak całuje mnie w czubek głowy. Będę za nim tęskniła. Chociaż jeżeli dostanę się na studia do Nowego Jorku, nie stracimy kontaktu. To będzie najtrudniejsze pożegnanie, jakie do tej pory przeżyłam. Chce, by zapamiętał mnie jak najlepiej i by wiedział co do niego czuje. Nie wiem jeszcze, jak mu to przekaże, ale muszę się pospieszyć, mój czas jest ograniczony.
**
               Siedziałam jak na szpilkach na jednym z kawiarnianych krzeseł. Po co do niego dzwoniłam? Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając czegoś na czym mogłabym zatrzymać wzrok. Nie powiem mu tego patrząc w oczy. Nie będę w stanie. Znów stchórzę. Westchnęłam, przeczesując swoje blond włosy. Nel powiedziałaś „A”, musisz powiedzieć „B”. Niepotrzebnie powiedziałam, że to poważna rozmowa. Gdybym chciała się z nim spotkać tak po prostu podczas lunchu, mogłabym się jeszcze jakoś wykręcić. Obiecał, że będzie na czas, ze względu na moja długo przerwę. Spojrzałam na wielkie okno, przy którym siedziałam. Może jednak wszystko pójdzie po mojej myśli. Mam nadzieję, że tak będzie. Nie chce się ośmieszyć. Dlaczego ludzie muszą tak dużo myśleć? Przecież to a) nie przynosi zbyt wiele radości i b) nie jesteśmy w stanie przewidzieć naszej przyszłości. Przełknęłam głośno ślinę, słysząc dźwięk dzwonka. Przeniosłam wzrok na drzwi, w których pojawił się brunet, szukający mnie wzrokiem. Przyszedł. Wypuściłam głośno powietrze. Spostrzegłszy mnie, dosiadł się do mnie.
 - Muszę ci coś powiedzieć – zaczęliśmy równocześnie, wywołując u siebie śmiech. – Ty pierwszy/a– ponownie.
 - Zacznij Nel – brunet opanował swój śmiech.
Powiedz mu to w końcu. To tylko dwa słowa. Dasz radę. Nie możesz przeciągać tej chwili w nieskończoność. To przecież nic takiego. No dalej Nel, dasz radę.
 - James chciałam ci powiedzieć, że – zaczęłam – kocham cię – patrzyłam w kelnera chodzącego za nim. – Od dawna – spuściłam wzrok, czując jego na sobie.
 -Nel, ja…
 - Tutaj jesteś kochanie – pocałowała go, dosiadająca się Lily. – Coś chciałeś? O, Nel – zwróciła się do mnie. – Cześć. Przeszkodziłam wam w czymś ważnym? – zwróciła się do Jamesa.
 - Ja… Nie, nie przeszkodziłaś – wstałam z pośpiechem. – Właściwie miałam już iść – zabrawszy plecak, wybiegłam z kawiarenki.
Jak mogłam być tak głupia? Nigdy nie dawał mi żadnych nadziei na bycie parą. Sam przyznał, że tamten pocałunek na plaży to pomyłka. Co ja narobiłam? To definitywny koniec naszej znajomości. Nie widzę dla nas przyszłości, po tym co przed chwilą zaszło. Jak mu teraz spojrzę w oczy?! Głupia! Pewnie chciał mi powiedzieć, że chodzi z Brown. Żałuje, że nie mogę cofnąć czasu. Schowałam się w jednym z zaułków, czując wibracje w kieszeni. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. James. Nie, to koniec. Urządzenie ponownie zawibrowało. Wiadomość od niego.
Od James:
Do ja:
Nel, proszę porozmawiajmy. Zaczniemy wszystko od nowa i będzie jak dawniej. Nie kończ naszej znajomości. Proszę, odezwij się Nel. Błagam.
Od nowa? Żartuje sobie ze mnie? Właśnie powiedziałam mu, że go kocham, a on chce zacząć od nowa? Wyłączywszy telefon, schowałam go do plecaka. Nie jestem zdesperowaną idiotką. Jeżeli chce mieć naiwną przyjaciółkę, trafił pod nie ten adres. Muszę iść do szkoły. Nie chce zarobić spóźnienia przez ta sytuację. Sama się o to prosiłam. To nie jego wina, że pokochał Lily. Miał do tego prawo. Muszę ochłonąć. Jedno jest pewne, nasza relacja nigdy nie będzie taka sama.
Weszłam na pasy, widząc zielone światło. James to zamknięty rozdział. Przestraszona odskoczyłam, słysząc klakson samochodu, wpadając tym samym pod prowadzony przez Jamesa pojazd…
Podniosłam się przerażona, słysząc uporczywy dźwięk budzika. To tylko sen. Nie sen, to koszmar. Zerknęłam na budzik, ocierając mokre policzki. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam płakać. Uwielbiam takie koszmary. Co zabawne one zawsze przedstawiają sytuację, która może się wydarzyć, nigdy mi się nie śnił żaden potwór spod łóżka. Może to przestroga na przyszłość, bym nigdy nie dowiedział się o moich uczuciach, względem niego? Sięgnęłam po telefon, chcąc sprawdzić zastępstwa na dziś. Nie ma, szkoda.
Ogarnięta, zaczęłam chować książki do plecaka. Na jednej z nich zauważyłam karteczkę.

Mam nadzieje, że dobrze spałaś.
Niestety musiałem iść do pracy.
Do zobaczenia później,
~ James
Uśmiechnęłam się do siebie, kończąc pakowanie. Nie musiał zostawiać karteczki, ale zostawił. To urocze. No tak, zapomniałabym. James to gentelman. Zaśmiałam się wychodząc z pokoju. Wczoraj zaczęło mnie kłoć w klatce piersiowej tak, że nie potrafiłam złapać oddechu. Scott obiecał, że pojedzie dzisiaj ze mną do lekarza. Musiałam zgasić jego zapał. Mam dzisiaj zawody w siatkówkę. Chce na nich być. Nie odpuszczę ich sobie, tylko dlatego, że zakuło mnie pierwszy raz w klatce piersiowej. Zawsze będę mogła wyjść z nich wcześniej, usprawiedliwiając to wizytą u lekarza. Musiałam go długo prosić, by nie mówił na razie niczego rodzicom. Nie chce ich ty martwic, zwłaszcza że prowadzą bardzo ważna sprawę. A to może okazać się chwilowe.
               Spojrzałam na Jamesa, obserwującego grę naszej drużyny. Nie sądziłam, że przyjdzie. Przyjechał prosto z pracy, a powinien odpocząć. Szczególnie po dzisiejszej akcji. Oczywiście cieszę się, że jest tu ze mną, ale widzę jak kleją mu się oczy. Gdyby nie te zawody, z pewnością leżałby w łóżku. Lubię, kiedy poświęcą mi swój wolny czas, ale zdrowie jest ważniejsze. Nikt mu go nie zwróci.
Oparłam głowę o jego ramię. Nie mogę się doczekać, gdy zobaczy mnie w akcji. Jestem całkiem dobra w siatkówkę i chcę się mu tym pochwalić. Graliśmy razem już nie raz, jednakże nigdy nie obserwował jak gram. Zazwyczaj byliśmy razem w parze jako drużyna. To właśnie on nauczył serwu z wyskoku. Wcześniej moja piłka nie trafiała nawet w siatkę.
 - Nel, wchodzisz – poinformował mnie wuefista.
               Zmęczona padłam na ławkę w szatni. Jestem zadowolona ze swojej gry. Zdobyłam sześć punktów dla drużyny. Graliśmy bardzo zacięcie, przez co rzadziej były przyznawane punkty. Teraz ostatnia zmiana walczy o wygraną naszej szkoły. Chciałbym, żebyśmy zdobyli pierwsze miejsce. To są ostatnie zawody w tym roku i prawdopodobnie moim życiu. Przebrawszy się, podeszłam do bruneta.
 - James, jestem gotowa, możemy jechać – westchnęłam, patrząc jak tracimy punkt.
 - Dobrze, zaraz pojedziemy – odpowiedział, obserwując serw Lily. – Dasz mi jeszcze pięć minut? – zapytał z nadzieją.
 - Pewnie – uśmiechnąwszy się, usiadłam za nim na trybunach.
Po dziesięciu minutach patrzenia na rozgrywkę, postanowiłam wstać. Rozumiem, że wciągnął się w oglądanie meczu, ale nie mam całego wieczoru. W dodatku, muszę wrócić do domu przed przyjazdem rodziców, by niczego nie podejrzewali. Jeżeli obiecał Lily, że będzie do końca i liczył na to, że się zgodzę, to się przeliczył. Nie chce by rodzice o tym wiedzieli.
 - James rób co chcesz, ja idę – mruknęłam, kierując się w stronę wyjścia.
****
Cześć i czołem!
Witam w nowym rozdziale. Dzisiaj poznaliście trochę przeszłości, ale tej bliższej Nel. Przeszłość z Lily pozostaje jednak nadal nie wyjaśniona.
Wiem, że blog leci bardzo szybko, ale taki miałam zamiar. Po ukończeniu tej książki, będzie można przeczytać ją w ok. dwie godziny. Dłuższy projekt mam w planach i rozdziały są już pisane, ale w zeszycie, jak na razie.
Książka znajduje się również na Wattpadzie, gdzie jej tytuł brzmi "Na przekór losowi".
Przepraszam, ale coś dziwnego stało mi się z tym rozdziałem i nie potrafię go naprawić.
Do zobaczenia!



7/31/2017

Rozdział 7

Od ślubu minęły dwa dni. Tom nie odzywał się, więc uznałam, że zwyczajnie chciał mieć osobę towarzyszącą na uroczystość. Trochę mi przykro. Może jednak nie ma czasu na to, żeby napisać. Po za tym mówił, że wyjeżdża na trochę. Obiecał, że pokaże mi wszystkie zdjęcia, które zrobi. Zapewnił mnie, że parę z nich będę chciała namalować. Nie mogę się doczekać. Uśmiechnęłam się, widząc skończony portret Matt’a, obejmującego Elizę w pasie. Uroczo razem wyglądają. Dziewczyna poświeciła się prawie całą sobą, ślubowi. Wcale mnie to nie zaskoczyło, jednak Matt narzeka, że przez to w ogóle o siebie nie dba. Przede wszystkim się nie wysypia, chociaż rok akademicki, skończył się dla niej. Mimo, że nie mają dużo czasu na organizację, większość spraw ma już zapięte na ostatni guzik. Mężczyzna się o nią martwi. Nie chce, żeby coś się jej stało, a wszystko do tego prowadzi.
Odłożywszy ich portret by wysechł, na sztaludze postawiłam nowe płótno. Obiecałam pani Brown, że namaluję ją wraz z mężem. Wczoraj mi wysłała jedno ze zdjęć ślubnych. Cieszę się, że wkrótce zakończenie roku i mogę sobie pozwolić na spędzenie więcej czasu w pracowni. Uśmiechnęłam się widząc, jak ojciec Lilli przytula do siebie żonę. Wykonawszy początkowy zarys, usiadłam na fotelu, znajdującego się pod oknem. Może faktycznie powinnam dać szansę Lilli. Tom ją ode mnie dostał. Tylko, że… on żałuje tego co się stało. A ona? Nadal brnie w tą swoją grę, przekupywania wszystkich na swoją stronę. Czasami mam ochotę wykrzyczeć jej wszystko w twarz. Powstrzymuje mnie jednak to, że James się z nią zakolegował. Zastanawiam się jak wygląda ich relacja. Ona oczekuje czegoś więcej. Tylko czego? Czy naprawdę podoba się jej Scott? A może to kolejna z jej gierek? Mężczyzna widzi w niej prawdopodobnie tylko koleżankę. W takim razie dlaczego troszczy się o nią bardziej niż o przyjaciółkę? Rozumiem, może i jestem silniejsza niż ona, ale to nie oznacza, że nie potrzebuje tyle samo troski. Odkąd pamiętam, pakuję się w jakieś kłopoty. Czy moja przyjaźń z tą dziewczyną, była tylko kolejnym błędem mojego życia do kolekcji? Westchnąwszy, przymknęłam oczy.
 - Nel! – usłyszałam głos mojej rodzicielki, dochodzący z salonu. – Możesz mi przynieś ten zielony segregator? – zapytała z wyczuwalną nadzieją w głosie.
Jest padnięta. Wiem to. Czasami mam wrażenie, że zdecydowanie za dużo na siebie bierze. Jestem jednak pewna, że tata o nią dba i nie pozwoli, by zaniedbywała siebie i swoje zdrowie.
 - Już idę! – odkrzyknęłam, ruszając do ich wspólnego gabinetu.
Po raz tysięczny, przypatrywałam się zdjęciom zawieszonym na korytarzu. Moja rodzina zawsze była zgrana. Nie pamiętam nawet, żeby zaistniały jakieś poważniejsze konflikty. Owszem był kłótnie, ale kończyły się zawsze kompromisem. Kochałam ją za to, nie ważne jak bardzo źle się stanie, zawsze będziemy razem. Uśmiechnęłam się, widząc ślubne zdjęcie rodziców.
Wszedłszy do gabinetu. Rozejrzałam się po pólkach, jednakże nie znalazłam żadnego zielonego segregatora. Zajrzałam niepewnie, do szafki w biurku mamy. Jest! To musi być ten. Swoją drogę, ciekawe nad czym teraz pracują. Zawsze mi pozwalali patrzeć na dokumenty, pod warunkiem, że to co przeczytam zachowam dla siebie. Zajrzałam na pierwszą z kartek. Sąd… przyznaje prawa rodzicielskie państwu Adkins nad Nel Seyfierd. Co?! Nie, nie, nie… To jakaś chora pomyłka. Nie mogę być adoptowana! Przecież jestem bardzo podobna do mamy! To nie możliwe. Wyciągnąwszy kartkę, ruszyłam do salonu. Jak mogli to przede mną zataić? Przez osiemnaście lat myślałam, że jestem ich rodzoną córką! Rozumiem, że mogli się bać. Jednak nic nie tłumaczy tego, że to zataili! To dlatego nigdy nie widziałam mojego aktu urodzenia, mimo, że Max’a widziałam bardzo często. Mama bała się, że poznam prawdę. Weszłam wściekła do salonu, przykuwając uwagę zdziwionej kłamczuszki.
 - Jak długo?! – powiedziałam, niemal krzycząc. – Jak długo, zamierzaliście to ukrywać? – rzuciłam w nią dokumentem.
Podniosła go, zakrywając dłonią usta. Chciałbym wiedzieć, co teraz myśli. Zagryzłam wargę, próbując nie rozpłakać się. Przeniosła wzrok na mnie, chcąc podejść, ale się cofnęłam.
 - Nel… Daj wytłumaczyć – zaczęła.
Nim zdążyłam usłyszeć resztę, wybiegłam z domu, wpadając na tatę. Zdziwiony, chciał mnie zatrzymać, ale wyrwałam się mu. Nie zwracając uwagi na nic, przebiegłam przez ulicę, nie rozglądając się. W ostatniej sekundzie, usunęłam się z drogi, pędzącemu samochodowi. Przez swoją głupotę, mogłam stracić życie. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Biegłam tak szybko, jak tylko potrafiłam. Nie mając siły i czując ból w kostce, upadłam pod drzewem na kolana, dając upust moim łzą. Oparłszy się o pień drzewa, podkuliłam nogi. Rozumiem… Rozumiem, że nie chcieli mnie stracić. Nigdy bym jednak nie szukała swoich biologicznych rodziców. Oni nimi nie są, nigdy bym ich tak nie nazwała. To moi teraźniejsi rodzice zapewnili mi miłość i kochający dom. Christopher i Anne Adkins są moją rodziną. Kocham ich. To boli, że ukrywali przede mną prawdę. Jakby mi nie ufali. Podciągnęłam nosem, czując kolejne łzy, napływające do oczu. Zawiedli moje zaufanie.
 - Nel – wzdrygnęłam się na moje imię, wypowiedziane przez bruneta. – Nel – powtórzył, kucając przede mną. – Oni cię kochają. Zawsze byłaś i będziesz ich córką – dotknął mojego łokcia. – Neli, popatrz na mnie – siedziałam w bezruchu.
Jeśli przyszedł mnie przekonywać, że powinnam tam teraz wrócić, to może sobie iść. Nie chce ich na razie widzieć. Muszę wszystko przemyśleć. Nie jestem gotowa na konfrontacje z nimi. Nie teraz, gdy jestem roztrzęsiona. Poczułam jak siada naprzeciw mnie, stykając się swoimi nogami z moimi.
 - Neli popatrz na mnie – powtórzył cierpliwie z czułością. Niechętnie wykonałam jego prośbę. – Kochają cię – położył dłoń na moim policzku, ocierając kciukiem łzy.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam mu w oczy, próbując wykrztusić z siebie choćby jedno słowo. Jestem mu wdzięczna za to, że przy mnie jest. Potrzebuję go. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Nie chce, żeby widział we mnie osobę, która za wszelką cenę szuka pocieszenia. Wie, że taka nie jestem.
Nim zorientowałam się co się dzieje, siedziałam na jego kolanach, otulona jego ramionami. Wtuliłam się w niego, płacząc.
 - Też ich kocham – załkałam. – Boli mnie, że nie ufa…
 - Sh… - przerwał mi, głaszcząc mnie po włosach. – Nic nie mów, wiem – pocałował mnie w skroń. – Oni też wiedzą – zaczął się kołysać. – Błagam. Nie przebiegaj na drugi raz tak nierozważnie przez ulicę. Nie chce cię stracić – głos mu zadrżał.
Zacisnęłam mocniej ręce, słuchając bicia jego serca. Nie ważne jak bardzo moje życie skomplikuje się, James przy mnie będzie. Scott jest jak mój anioł stróż. Był zawsze przy mnie, gdy tego potrzebowałam. Nawet w tedy, gdy samochód potracił mojego psa. Uśmiechnęłam się, uspokajając się.
 - Dziękuje James – podciągnęłam nosem, nie odrywając się od niego. – Zawsze przy mnie jesteś.
 - Wiem, że ostatnio zawaliłem, ale to się nie powtórzy – szepnął. – Jest coś co chciałbym ci pokazać – zaczął niepewnie, odsuwając się ode mnie.
Spojrzałam na niego pytająco. Nigdy nie uważałam, że poznałam go do końca. Nie da się poznać dogłębnie drugiej osoby. Tak myślę. Jest tyle sytuacji, w których go jeszcze nie widziałam. Jeżeli jednak chce pokazać mi kolejną cząstkę siebie, z wielką chęcią się na to zgodzę.
 - Musisz mi jednak zaufać, nie ważne dokąd cię zaprowadzę – patrzył na mnie wyczekująco.
 - Zgadzam się – uścisnęłam lekko jego dłoń, chcąc dodać mu otuchy.
               Uśmiechnęłam się, czując nadal jego rękę na moim biodrze. Przez cała drogę mnie obejmował, jakby bał się, że zrezygnuję. Lubię czuć jego bliskość, działa na mnie uspokajająco. Pozwala opanować swoje emocje. Uśmiechnęłam się, widząc jego skupianą na drodze, minę. Jestem ciekawa co chce mi pokazać. Z minuty na minutę ona rośnie, kiedy czuje jak spina mięśnie, jakby nie był pewny tego co robi. Nie może być chyba aż tak źle. Prawda?
 - Jesteśmy – stanęliśmy przed dość dużym budynkiem, otoczonym starą poniszczoną bramą.
Spojrzałam na chłopaka, marszcząc brwi, kiedy pociągnął mnie w stronę uliczki. Zaczynam się coraz bardziej bać, tego co zaraz nastąpi. James by mnie nie skrzywdził, jestem tego pewna, ale ten budynek nie wygląda przekonująco. Wygląda jakby ktoś obdarłby go z tynku, pozostawiając dziury z nagimi cegłami. Okna są poniszczone, a w niektórych widać nawet pęknięcia. Cofnęłam się widząc tylko połowę schodów. Brunet spojrzał na mnie pytająco. Nie odpowiedziałam. Boje się tego co tam zastanę. Mężczyzna z powrotem objął mnie w pasie, chcąc dodać odwagi.
W końcu weszliśmy przez – o dziwo, nowe drzwi. Znajdowaliśmy się w średniej wielkości, nieco obskurnym hall’u. W ścianach były dziury, a po obu stronach wisiały wieszaki. W pomieszczeniu znajdowały się dwie pary drzwi. Na jednej z nich została przymocowana plakietka ze zdartym napisem. Przybliżyłam się do przyjaciela, bojąc się tego co mnie tu czeka. Ku mojemu niezadowoleniu, puścił moje biodro. Zamiast tego, złapał mnie za rękę, skręcając w prawo. Weszliśmy do prowizorycznego jadalnio-salonu. Zaskoczona spojrzałam na Scott’a.
 - Witaj w domu dziecka – uśmiechnął się smutno.
 - Dżejms! – z korytarza dobiegł nas głos małej dziewczynki.
Mała rzuciła się mu na szyję, wtulając się w niego.
 - Przysedłeś jus po mnie? – zapytała z iskierkami w oczach.
 - Nadal nad tym pracuję – puścił jej oczko, postawiając na ziemi.
Przyjrzałam się uważniej dziewczynce. Wyglądała na około pięć lat. Miała jasne blond włosy, sięgające do jej łopatek oraz duże niebieskie oczy. Zadarła lekko nosek, patrząc na mnie. Poprawiwszy swoją sukienkę, wciągnęła w moim kierunku swoja malutką dłoń.
 - Jestem Emily – uścisnęłam ją lekko, kucając przed nią. – Jesteś dziewcyną Dżejms’a? – wypaliła nagle. – Bo wiesz…
 - Nie, nie jest – zgromił ją wzrokiem.
 - Jak tam chcesz, tylko…
 - Emily – powiedział zirytowany.
 - No dobrze, trzeba było mówić, że to jest sekret – przytuliła się do mnie.
 - Wiesz, że może będę miała nowego tatusia? – wskazała na bruneta.
Spojrzałam na niego, spod uniesionych brwi. Nie powiedział mi. Najwyraźniej nie chce niczego zapeszać, rozumiem. Adopcja nie jest łatwym procederem. Jestem wdzięczna rodzicom, że mnie przygarnęli. Nie chciałbym mieszkać w takim miejscu. To nie przypomina domu. Dzieci nie powinny tu w ogóle przebywać. To wygląda bardziej jak zakład psychiatryczny. One potrzebują kochającego domu i rodziny.
 - Nie słuchałaś! – tupnęła nogą dziewczynka.
 - Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnęłam się, próbując stłumić śmiech.
 - To pobawis się ze mną? Dużo o tobie słysałam – uśmiechnęła się szeroko.
 - Emily! – zgromił ją James.
               Przez całe nasze spotkanie James pilnował, żeby mała nie powiedziała czegoś niekomfortowego dla niego. To było zabawne patrzeć, jak próbuje ją uciszyć, mam nadzieję, swoją przyszłą córeczkę. Razem wyglądają naprawdę uroczo. Przykro mi, że mała musi być z innymi dzieciakami w takim miejscu. Nawet nie chce liczyć ile dostała laurek, obrazków i zdjęć od dzieci. Przygryzłam wargę, czując napływające do moich oczu łzy. Dlaczego nikt się nimi nie zainteresuje? Te małe istotki są wspaniałe. Co prawda niektóre są rozrabiakami, próbującymi zwrócić na siebie uwagę. One potrzebują tylko odrobinę uwagi i miłości. Zdecydowana większość z nich będzie przez całe swoje życie w domu dziecka, dopóki nie osiągnie pełnoletności.
Czując jak James obejmuje mnie w pasie, wtuliłam się w niego. Pocałował mnie w czoło.
 - Będziesz przy mnie, gdy będę z nimi rozmawiała? – zapytałam, połykając łzy. – Nie chce być sama.
 - Nie będziesz – potarł moje ramię. – Będzie dobrze, zobaczysz. Jestem tego pewien – przepuścił mnie, bym weszła pierwsza do domu.
Weszłam niepewnie, rozglądając się. Spojrzałam na mamę, tulącą się do taty. Wiem, że płakała. Mężczyzna odwrócił w moim kierunku wzrok. Patrzyłam w jego zaszklone oczy, widząc w nich skruchę. Szepnął coś do mamy, bo ta od razu odwróciła się w moją stronę.
 - Nel! – podbiegła do mnie, zamykając w szczelnym uścisku. – Tak bardzo się bałam – pocałowała mnie w czoło, płacząc.
 - Skarbie, nie rób tak więcej – dołączył do nas tata, obejmując nas dwie. – Nigdy.
Siedziałam, czekając aż James przyniesie nam herbatę. Chciał sobie pójść, ale mu na to nie pozwoliłam. Wyegzekwowałam tylko to, by poszedł do mojego pokoju. Rozumiem, że chce dać nam chwile prywatności, ale obiecał, że mnie nie zostawi.
 - Dziękuję, kochanie – zwróciła się do James’a, mama.
 - Proszę bardzo – uśmiechnąwszy się, skierował w stronę schodów.
 - Długo starliśmy się dziecko – zaczęła mama – jednak wszystkie nasze starania szły na marne. Usłyszałam od lekarzy, że nie będę mogła mieć dzieci. W jednej chwili cały świat, zawalił mi się na głowę. Pewnego dnia tata zaproponował, byśmy zaadoptowali dziecko. Z początku podeszłam do tego sceptycznie. Bałam się, że nigdy nie zostanę pokochana jak matka. Jednak po długich namowach, zgodziłam się – spojrzała na swojego męża.
 - Kiedy weszliśmy do domu dziecka, usłyszeliśmy płacz. Uspokajały cię trzy opiekunki – zaśmiał się przez łzy. – Nie dawały sobie z tobą rady. Ani myślałaś o uspokojeniu się. Weszliśmy niepewnie do pokoju, widząc jak te trzy kobiety stoją nad twoim łóżeczkiem i zastanawiają się co zrobić. Kiedy podeszliśmy do twojego łóżeczka, natychmiastowo przestałaś płakać. Zaczęłaś się śmiać na nasz widok, wyciągając swoje rączki. Już w tedy wiedzieliśmy, że będziesz nasza – uśmiechnął się na to wspomnienie.
 - Dlaczego to przede mną ukrywaliście? – zapytałam nurtujące mnie pytanie.
 - Wiele razy próbowaliśmy zacząć ten temat, naprawdę – zapewniła mama. – Wybaczysz nam? – zapytała z nadzieją w głosie.
 - Już dawno to zrobiłam. Dziękuje – przytuliłam się do nich. – A teraz wybaczcie, ale James na mnie czeka – uśmiechnąwszy się, udałam do pokoju.
****
Cześć i czołem!
Witam ponownie.
Musicie wybaczyć, ale miałam kijowy net i nie dodałabym.
Pozdrawiam!


7/14/2017

Rozdział 6

Wysiadłam z auta Tom’a, rozglądając po parkingu. Jest tu strasznie dużo ludzi. Chyba tylko ja mam sukienkę w odcieniu niebieskiego. Dobrze, że nie kupiłam żadnej w kolorze różu i kremu. Strasznie dużo kobiet ma takie stroje na sobie. Zdecydowanie nie będzie to kameralne wesele, przynajmniej się na takie nie zapowiada. Jestem wdzięczna lekarzowi, że pozwolił mi tu dzisiaj przyjść. Stan kostki naprawdę mi się poprawił, mogę na nią deptać. Niestety o „podbijaniu” parkietów mogę pomarzyć. Mam jej zbyt nie przemęczać. Sama z siebie, pewnie nie dałabym rady dużo tańczyć. Gdy tylko przesadzam ze spacerami, czuję jak mi ona pulsuje. Chcąc nie chcąc bandaż na ręce również trudno ukryć. Tom powiedział, że z nim wyglądam równie pięknie, jak bez niego. Spojrzałam na uśmiechniętego chłopaka, który podał mi dłoń. Chwyciwszy go pod rękę, udaliśmy się w stronę kościoła. Spojrzałam jeszcze raz na jego uśmiechniętą twarz. Ciekawe co sobie teraz myśli. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. Co prawda nie rozmawialiśmy ze sobą na korytarzu, ale obserwowałam go. Mógł sprawiać pozory szczęśliwego, ale taki nie był. Miał wciąż smutne oczy. Żałował, ale nie potrafiłam mu tego wybaczyć, a co dopiero zapomnieć. Teraz to nieważne. Zaczynamy wszystko od nowa, Tom przepuścił mnie, bym usiadła pierwsza w ławce. Rozejrzałam się po kościele, ale nigdzie nie dostrzegłam bruneta. No cóż. Wyszło chyba nawet tak, że mamy podobnego koloru stroje dzisiaj. Wpadłam na to, jadąc tu. Odwzajemniłam uśmiech Toma, który mocniej ścisnął moją dłoń.
 - Widzisz jak się na ciebie gapią? – zapytał szeptem, na co zachichotałam.
Klepnęłam go w ramię, nie wiedząc jak zareagować. Wyglądam bardzo ładniej, ale zdecydowanie to nie przekłuwam wzrok gości. Wszyscy czekają na pannę młodą. Pani Hudson, odkąd pamiętam traktowała mnie jak córkę. Kiedy straciłam kontakt z jej synem, samoistnie straciłam również z nią. Kiedyś nawet zapytała mnie co się stało, pomiędzy mną a nim. Nie powiedział jej co się stało. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ Tom, zawsze wszystko jej mówił. Była dla niego jak przyjaciółka. W końcu, dowiedziała się prawdy od moich rodziców. „Niezapowiedzianie wpadła” na kawę. Dobrze wiem, że chciała się wszystkiego dowiedzieć. Wiedziała, że moi rodzice będą znali prawdę.
W świątyni rozbrzmiał Pachabel Canon. Wstawszy, odwróciłam się w stronę dywanu. James? Zerknęłam na ławkę przede mną. Tak, to on. Dlatego go nie zauważyłam. Spojrzałam na jasnoniebieską sukienkę Lilli. No tak, mogłam się tego spodziewać. Czyli nie tylko ja mam sukienkę w odcieniu niebieskiego. Przygryzłam wargę, czując na sobie wzrok bruneta. Zignorowałam to, patrząc na parę młodą. Pani Hudson wyglądała naprawdę pięknie. Miała długą do ziemi suknie z tiulem, której gorset był z koronki. Koniec jej welonu niosły dwie małe dziewczynki. Razem wyglądali zjawiskowo. Panna młoda odłożyła swój bukiet z czerwonych róż, po czym klękli.
               Tom pomógł wysiąść mi z auta. Jak na miliardera przystało pan Brown chciał, by wesele odbyło się w zamku. To trochę zabawne. On jest zupełnie innym człowiekiem. Nie jest jak Lilli. Często słyszałam jak rozmawia z rodzicami o tym, że chciałby, żebym się znów zaprzyjaźniła z jego córką. Cały czas płaci dyrektorowi, mając nadzieję, że pewnego dnia jego córka zmieni swoje postępowanie. Odkąd przestałyśmy się przyjaźnić, dziewczyna zmieniła się do poznania. Naprawdę nie wiem co ją tak zmieniło. Nagle zaczęła mnie upokarzać. Na początku chciałam z nią porozmawiać. Nie dałby mi nawet dojść do słowa. Cieszę się, że mam dziewczyny i, że nie jestem sama.
Chłopak podawszy mi bukiet kwiatów, sam wziął duże pudło z prezentem. Stwierdził, że kupi im zegar do sypialni, który kiedyś oglądał z matką, obecnie panią Brown. Uśmiechnęłam się, widząc przekrzywioną muszkę chłopaka. Poprawiwszy ją, ruszyliśmy w stronę młodej pary. Głupio mi było ignorować spojrzenia James’a, ale jestem tu z Tom’em i to jemu powinnam poświęcać najwięcej uwagi. Widząc szeroki uśmiech panny młodej, skierowany w moja stronę, odwzajemniłam go. Odebrawszy kwiaty, uścisnęła mnie mocno.
 - Bardzo się cieszę, że przyszłaś. Wyglądasz zjawiskowo – uśmiechnęła się.
 - Nie tak jak pani – odwzajemniłam uśmiech. – Cieszę, że znaleźli państwo swoje szczęście – skierowałam się do obojga, podając panu Brown rękę.
 - Ja również – uśmiechnął się szeroko. – Mam nadzieję, że kiedyś pogodzisz się z moją córką, nie wiem co się z nią stało – westchnął.
Pożegnawszy się, udaliśmy się do środka. Tom poprowadził mnie do stolika, przy którym mieliśmy siedzieć. Chłopak wyjaśnił mi, że będziemy siedzieli z jego przyjaciółmi. Odkąd pamiętam zawsze przyjaźnił się z Eric’iem. Oni są jak bracia, mimo, że nie mają wspólnej matki.
 - Nel! – zawołał blondyn. – Nie spodziewałem się, że zgodzisz się z nim pójść – zaśmiał się, podając mi rękę. – Naprawdę, obstawiałem, że kopniesz go w tyłek.
 - Przymknij się Carter – Tom zgromił go wzrokiem, na co parsknęłam śmiechem. – Mam nadzieję, że jego docinki nie zepsują ci wieczoru – szepnął mi na ucho, a ja zachichotałam.
 - Nie musisz się tego obawiać – poklepałam go po ramieniu.
 - Jeżeli chcice pobyć sami, ulotnimy się z Susan na chwilę – zerknął na dziewczynę.
Wiedziałam, że w końcu będą razem. Eric zawsze się jej podobał. Za każdym razem, gdy wspominał o innej siedziała naburmuszona i docinała mu. Po części ją rozumiem. W pewnym momencie jednak przesadziła. Kiedy chłopak zauroczył się na poważnie… O ile tak to można nazwać, wystraszyła  ją mówiąc, że ma chorobę weneryczna i założył się z chłopakami, że zarazi połowę dziewczyn ze szkoły. Nie odzywał się do niej przez długi czas, mimo, że przepraszała go przy każdej możliwej okazji. Pewnego dnia, gdy siedzieliśmy przy stole, Tom oznajmił, że dziewczyna się przeprowadza. Owszem była to prawda, ale Eric miał o tym nie wiedzieć. Nie chciała mu o tym mówić. Kiedy dowiedział się, że powinna być już w drodze do Nowego Jorku, bezzwłocznie pojechał pod jej dom. Jego zachowanie było tak nagłe, że zainteresowała się nim cała publiczność, siedząca na stołówce. Z tego co widzę, to udało się im.
Oczy wszystkich gości, zwróciły się na pierwszy taniec młodej pary. Suknia matki Toma, wirowała za nią, gdy tańczyli walca angielskiego. Naprawdę razem wyglądali uroczo.
 - A teraz powiedz mi kim jest ten brunet, który ciągle się na ciebie patrzy – zachichotała Susan.
Zmarszczyłam brwi nie wiedząc o co chodzi. Przecież nie znam tu nikogo oprócz ich i… Głupia. Chodzi jej pewnie o James’a. No tak obiecałam mu, że z nim zatańczę.
 - Mówisz o facecie, który przyszedł z Lilli? – zapytałam.
 - No tak. Oni są razem? – zapytała nagle, przyglądając się blondynce. – Łasi się do niego gorzej niż kot.
 - Nie, nie są – roześmiałam się. – Ona raczej liczy na coś więcej – przygryzłam wargę, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
 - Mogę panią prosić do tańca? – podskoczyłam, czując czyjąś rękę na ramieniu.
Mam nadzieje, że nie zrezygnuje z powiedzenia mi tej rzeczy. Skoro ona jest ważna, chciałbym wiedzieć. Po za tym już zaczął, więc wypadałoby skończyć. Widziałam jego zakłopotanie, a więc naprawdę to musi być ważne. Błagam, niech to tylko nie dotyczy Lilli. Mam jej dość. Nie chce, żeby mieszała pomiędzy nami jeszcze bardziej.
Uśmiechnęłam się do Tom’a, czując jego wzrok na sobie. Odwzajemnił go niemalże od razu. Kapela zaczęła grać naszą ulubioną piosenkę, więc chłopak okręcił mnie. Mimo tego, że pokłóciliśmy się na długi czas, nadal mam sentyment do tej piosenki. Byliśmy w tedy nad morzem z rodzicami. Za każdym razem ta piosenka leciała, kiedy leżeliśmy na plaży. To byłe niezapomniane wakacje.
Nie sądziłam, że będę się tu tak świetnie bawiła. Mimo, że zbliża się godzina druga w nocy, czuję, jakbym dopiero tu przyszła. Cieszę się, że mogłam znowu spotkać się z Susan i Eric’iem. To było urocze, kiedy oświadczył się jej podczas walca. Dziewczyna musiała doprowadzić się w łazience do porządku, co nie było łatwe. Gdy patrzyła na pierścionek na swoim palcu, zanosiła się płaczem. Udałam się w stronę tarasu, chcąc odsapnąć, ponieważ zrobiło się duszno. Przystanęłam w progu, widząc sylwetkę James’a, opierającego się o balustradę. Stanęłam koło niego, podziwiając widoki. Przed nami roztaczało się jezioro, w którym odbijało się rozgwieżdżone niebo. Mimo tego, że nasz pocałunek był tylko impulsem z jego strony, nie żałuje tego. Gdybym mogła, powtórzyłabym go jeszcze raz. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
 - Nel – odezwał się po kilku minutach. – Muszę ci coś powiedzieć – zaczął. – Pamiętaj – odwrócił się w moją stronę – mimo to, nadal jest dla mnie bardzo ważna – patrzył mi w oczy. – Nie ważne co się stanie – wtuliłam się w niego.
Zaskoczony, zacisnął w około mnie swoje ramiona. Słuchałam bicia jego serca, chcąc się uspokoić. Boje się tego, co ma mi powiedzieć. A co jeśli jest chory na nowotwór? Albo grozi mu niebezpieczeństwo? Nie chce, żeby coś mu się stało. Nel, nie panikuj. Nic jeszcze nie powiedział, a ty już wymyślasz najgorsze scenariusze. Może to w cale nie będzie takie złe? Tylko dlaczego mam złe przeczucia? Wtuliłam się w niego bardziej, nie mogąc powstrzymać cisnących się do moich oczu łez. Nie mogę się teraz rozpłakać. Nie dał mi nawet jeszcze powodu ku temu. Opanuj się Nel.
Odsunął się ode mnie, z czego nie byłam zadowolona. Objął moja twarz dłońmi, pocierając policzki kciukami. Patrzyłam mu w oczy, próbują cokolwiek z nich wyczytać. Moje staranie jednak poszły na marne. W jego oczach była pustka.
 - Nel, ja…
 - James – przerwała mu Lilli – tu jesteś. Szukałam cię wszędzie – chwyciwszy go za rękę, pociągnęła w stronę wyjścia. Brunet posłał mi przepraszające spojrzenie, a blondynkę zgromił wzrokiem. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Już miał coś powiedzieć, ale dziewczyna krzyknęła do swoich znajomych, że musi im kogoś przedstawić.
Odwróciłam się z powrotem w stronę jeziora. Dlaczego ona zawsze pojawia się w tedy, kiedy nie powinna. Mam tego dość. Nie mogę spędzić z nim nawet chwili sam na sam. Rozumiem, że przyszedł tu z nią, ale ona go zamyka w złotej klatce jak ptaszka. Jest moim przyjacielem i chyba mam prawo z nim porozmawiać, bez niej i otoczenia innych.

**

Położyłam się z powrotem na łóżku, otulając się szczelnie kołdrą. Świetnie. Muszę zostać dzisiaj cały dzień w łóżku. Musiałam rozchorować się akurat teraz. Nie wiem kiedy ostatni raz chorowałam. Może to przez to, że stałam na tym tarasie potem przed dobrą godzinę, a za ciepło nie było. Chwyciłam się za „pękającą” mi głowę. Mam gorączkę i nie jest kolorowo. No, ale w końcu to moja wina, nawet nie pomyślałam o czymś na wierzch. Chociaż i tak wolę gorączkę niż katar. Zwinęłam się w kłębek, patrząc na wyświetlacz telefonu, który wskazywał godzinę czternastą. Uśmiechnęłam się widząc zdjęcie z przyjaciółmi. Cała szóstka znajdowała się na wygaszaczu mojego ekranu. Zamknęłam oczy, kiedy po pokoju rozległ się dźwięk, przychodzącej wiadomości. Otworzyłam niechętnie wiadomość. James.

Jesteś wolna? ;D
Wyskoczymy gdzieś razem?

Mimowolnie się uśmiechnęłam.

Sorki, ale jestem chora -,-

Czekałam na odpowiedzieć, ale nie odpisał. Cóż. Zamknęłam z powrotem oczy, czekając na sen. O niczym innym w tej chwili nie marzę. Zwinęłam, zasypiając, kiedy za mną ugiął się materac. Odwróciłam się, chcąc upewnić się, czy to na pewno brunet. Nie myliłam się. Uśmiechnął się, zakładając kosmyk moich włosów za ucho. Objął mnie ramieniem, więc wtuliłam się w niego, okrywając kołdrą. Co ja robię, będzie chory. Głupia.
 - Będziesz chory – chciałam się odsunąć, ale nie pozwolił mi na to.
 - Nie ważne, chce być z tobą kiedy męczysz się z tym choróbskiem – pocałował mnie w głowę, zamykając oczy. – Lilli zaprosiła mnie na randkę – oznajmił po chwili. – Nie zgodziłem się.
Przytaknęłam cichym „Yhum”, zasypiając, słuchając jego bicia serca. Naprawdę nic do niej nie czuje. Szkoda, że ona mu tak łatwo nie odpuści. Już myśli, że jest cały jej. Mogę tylko patrzeć, jak znowu odbiera mi osobę, którą kocham. Cóż… Może właśnie tak miało być. Nie zmienię tego.

6/20/2017

Rozdział 5

***

Padłam na łóżko po męczącym dniu w szkole. Cieszę się, że w moim planie znalazły się dzisiaj dwa okienka. Przynajmniej nie muszę się męczyć z lekcjami. Mam uzyskać jakieś dodatkowe zaliczenie na szóstkę z angielskiego. Nic nie poradzę, że Smoczyca się na mnie uwzięła. Najchętniej nie przepuściłaby mnie do kolejnego etapu nauczania. Za każdym razem muszę być czujna, jeżeli chcę wyjść z tego psychiatryka, na jak najlepszych ocenach. Jeszcze moja ulubiona nauczycielka powiedziała nam dzisiaj, że przenosi się do Nowego Jorku. Podała nam nawet swój adres, jeślibyśmy chcieli kiedyś wpaść do niej i męża. Do końca roku, będzie nas uczył nowy nauczyciel. Prawdopodobnie (z tego co słyszałam z plotek) ma to być starszy pan, któremu trochę brakuje do emerytury. Szczerzę mu współczuje. Nasza klasa dzieli się na dwie połowy, to znaczy tą „lepszą” i „podnóżki”. Jak się można domyśleć, nas „podnóżków” jest mniej. Po prostu to uwielbiam. No cóż, takie życie. Świat to nie instytucja do spełniania życzeń. Mimo wszystko chciałabym pójść na studia z dobrą psychiką. El popadła w depresje, za co był odpowiedzialny Leo, który się nią zabawił. Słyszałam, że kiedy jego rodzice się o tym dowiedzieli, postanowili wysłać go do szkoły wojskowej. Nie wiem, czy to prawda, ale nie zdziwiłabym się. Dziewczyna mogła z nim zajść w ciążę, ponieważ wsypał jej do soku na imprezie pigułkę gwałtu, a następnie zgwałcił bez skrupułów. Na sam koniec porozsyłał do całej szkoły jej nagie zdjęcia z podpisem: „Tak chętna, że aż żałosna. Pokaż ciałko mała”. Mój telefon zabrzęczał. Niechętnie spojrzałam na wyświetlacz.

Od Lea:
Do ja:
Będziemy z Elizą za pół godzinki :D

Muszę im wszystko opowiedzieć. Pewnie nie uwierzą jak im powiem o Tomie. Gdyby ktoś mi to powiedział zaledwie trzy miesiące temu, wyśmiałabym go. Nawet w szkole ludzie zwrócili na nas uwagę, gdy przywitaliśmy się po raz pierwszy od długiego czasu. Od naszej ostatniej kłótni, to nie miało miejsca. On zawsze balansował, nigdy nie należał do konkretnej grupy. Podziwiałam go za to. Życie rzuca nam czasem pod nogi, niespodziewane scenariusze. Pozostaje je tylko przyjąć. Chyba nie warto toczyć bezsensowną walkę, która nic nie pomoże. Owszem mamy wpływ na naszą przyszłość, jednakże nie możemy ciągle rozpaczać nad samym sobą. Możemy w ten sposób, przegapić nasz przystanek. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, który ponownie zabrzęczał.

Od James:
Do ja:
Spotkajmy się za dziesięć minut pod domem Lily.
Mam Ci coś ważnego do przekazania.

Zmarszczyłam brwi, patrząc na tę wiadomość. Trochę mnie to nie pokoi, ale nie odmówię mu przecież. Zwłaszcza, że mam czas.

Od ja:
Do James:
Jasne, już wychodzę.

Zrezygnowana wstałam z łóżka i zamówiłam taksówkę. Zbiegłam po schodach, zakładając w pośpiechu bluzę. Telefon. Nie ruszam się już bez niego. Raz się wybrałam i gdyby nie Tom, nie wiem co by się ze mną stało. Niektóre nawyki nie są dobre, wręcz przeciwnie, powinno się ich, jak najszybciej oduczyć. Czasami mogą wywołać dużo więcej złego niż dobrego. Słysząc jak taksówkarz trąbi, pobiegłam po urządzenie. Zdyszana wsiadłam do auta, podając dokładny adres. Ciekawe co jest tak ważne, że chce się spotkać pod jej domem. To raczej nie wróży dobrze. Nawet nie chce myśleć, co tym razem się stanie. A może to kolejny podstęp Lily? To bardzo prawdopodobne. Nie zdziwiłabym się nawet, gdyby to ona poprosiła o to spotkanie. Zapłaciwszy, wysiadłam z taksówki.
 - Zaczekać? – zapytał mężczyzna, nim zdążyłam zamknąć drzwi.
 - Tak, proszę. To nie powinno trwać długo – uśmiechnęłam się, zamykając drzwi.
Spojrzałam na ogromny biało-drewniany dom, zbudowany w stylu modern. Z zewnątrz robił sporę wrażanie, jednakże w środku jeszcze większe. Podjazd był zbudowany z jasnoszarej kostki zarówno, jak dalsza część chodnika, prowadząca pod drzwi. Dalszą cześć posiadłości odcinała czarna brama i również biały mur. Przed i za murem rosły duże Tuje i drzewa. Wszędzie panowała wszędobylska zieleń. Podeszłam niepewnie do uliczki. Zaczęłam rozglądać się w koło. Nikogo nie ma. Zaraz… Przed oczami przemknęły mi dwie postacie. Pod drzwiami domu blondynki, stał James całujący się z dziewczyną. Teraz jestem pewna, że pocałunek dla niego nic nie znaczył. Oczywiście musiałam sobie wyobrażać, że coś do mnie jednak czuje. Cóż, nie mogę stawać mu na drodze do szczęścia, skoro przeze mnie musi kłamać i udawać. Odwróciłam wzrok, nie mogąc znieść tego widoku. Nie będę tu dłużej stała. Wsiadłam do taksówki. Kierowca spojrzał na mnie zdezorientowany.
 - Proszę zawieść mnie do domu – wlepiłam wzrok w chodnik za szybą.
To była ta bardzo ważna rzecz o jakiej musiał mi powiedzieć. Mógł napisać mi SMS’em. Zaoszczędziłby mi czas. Nie rozumiem. Dlaczego mi nie powiedział? Jest moim przyjacielem. Zniosłabym to, jakoś… ale zniosła! Pewnie będzie chciał ze mną o tym porozmawiać. Powiem, że cieszę się ich szczęściem i jakoś zmniejszę z nim kontakt. Przecież byłam w stanie przewidzieć, że to się tak skończy. Jak mogłam być tak głupia? Znowu dałam się zwieść. Zapłaciwszy, udałam się jak najszybciej w stronę pokoju. Co teraz? Jak mam się zachowywać? Nel, pamiętaj, że świat to nie instytucja do spełniania życzeń. Padłam na łóżko, chowając twarz w dłoniach. Zaczynam mieć powoli tego dość. Słysząc jak ktoś ‘dobija się’ do mojego pokoju usiadłam na łóżku. Swój wzrok skierowałam w stronę rozpromienionych dziewczyn. Widząc moją minę spoważniały. Jestem pewna, że chodzi o Matta. Eliza naprawdę cała promienieje. Nie do się nie zauważyć jej ogromnego uśmiechu, który gości na ustach dziewczyny i błyszczących oczy, które zdradzają jej uczucia.
 - James, prawda? – zapytała Lea, siadając. Nie odpowiedziałam, patrzyłam tępo w podłogę. – Czyli jednak – pokręciła głową.
 - Napisał, że ma mi coś ważnego do przekazania. Tak jak chciał, pojechałam pod dom Lily. A tam? – prychnęłam. – Całował się z nią. Historia lubi się powtarzać, c’nie? – ponownie prychnęła.
 - Jesteś pewna, że to James? – zapytała niedowierzająco Eliza, dosiadając się do niej.
 - Tak, to był on. Całował ją. Wydawał się szczęśliwy. Nie mogę mu tego zabronić – uśmiechnęłam się smutno. – Jakoś to przetrwam, drugi raz. Mam taką nadzieje. A co u was? – zmieniłam nagle temat. Spojrzałam na lewą rękę Elizy. Nie nosiła wcześniej tego pierścionka. Czyżby Matt się jej oświadczył? – Zaręczyliście się? – zapytałam z uśmiechem. Na twarzy dziewczyny pojawił się ogromny uśmiech.
 - Tak. Jest przepiękny, prawda? – spojrzała z zachwytem na pierścionek. Parsknęłam śmiechem. – Planujemy zamieszkać razem w Los Angeles. Kupić gdzieś dom i założyć rodzinę – rozmarzyła się. Cieszę się, że w końcu odważyli się na taki krok. Nie mogę się doczekać ich ślubu. Już sobie ją wyobrażam w śnieżnobiałej sukni z długim welonem i bukietem kwiatów w dłoni. – Nie mogę się doczekać. Będę oficjalnie panią Scott. Nie chcemy zwlekać ze ślubem. Pobieramy się w te wakacje – nie przestawała, uśmiechać się.
 - Zobaczysz – zwróciła się do mnie Lea – teraz nie będzie o niczym innym gadać – zaśmiała się.
 - Ej! – szturchnęła ją Stevenson. – Wcale nie tak często – oburzyła się. Jednak po chwili wszystkie się śmiałyśmy. – Wybaczycie jeśli opuszczę was teraz? – spojrzała na wyświetlacz komórki. – Matt znalazł restauracje – uśmiechnęła się. – Jest w niej, jak w bajce – pokazała nam zdjęcie, które dostała.
 - Leć – zaśmiałam się. Wzięła pospiesznie torebkę i wybiegła. – Zobaczysz co będzie tuż przed ślubem. Nie będzie dało się z nią żyć. Będzie biegała w te i z powrotem – westchnęłam z przerażeniem.
 - Masz racje – westchnęła brunetka. - A przy okazji ślubów… Słyszałam, że idziesz na ślub matki Toma – spojrzała na mnie uważnie.
 - Tak idę – wzruszyłam ramionami. – Po tym jak mi pomógł, kiedy James mnie zostawił, porozmawialiśmy szczerze. Jutro idę pomóc mu wybrać garnitur. Każdy kto chce naprawić błędy, zasługuje na drugą szansę. Może kiedyś też będę jej potrzebowała.
 - Masz racje – uśmiechnęła się. – Muszę lecieć, obiecałam Jackowi, że wpadnę jeszcze dzisiaj, a później jadę na zakupy – przytuliła mnie. – Pa – pomachałam jej.

*

Co ja robię? Nie mogę jej całować. Zrobi sobie jeszcze nadzieje, której nie powinna mieć. Nie chce skrzywdzić kolejnej osoby. Wystarczy, że skrzywdziłem Nel tamtym pocałunkiem, a raczej tym co potem powiedziałem. Od tamtego zajścia na plaży, wszystko zaczęło się psuć. Wszystko co zbudowaliśmy, zaczyna się walić. Nie chce do tego dopuścić, ale nie wiem jak. Za każdym razem coś nam przeszkadza, czego mam dość. Lily nigdy nie będzie dla mnie kimś więcej niż koleżanką. Moja mała blondynka zawładnęła mym sercem nie odwracalnie. Nie spojrzę na inną w ten sposób, w który na nią patrzę.
 - Lily - przerwałem pocałunek – to nie powinno mieć miejsca – spojrzałem na dłonie. – Przepraszam, jeśli dałem ci jakąkolwiek nadzieje – spojrzałem na nią. Spuściła wzrok.
 - To ja powinnam przeprosić. Wiesz… Podobasz mi się i myślałam, że może moglibyśmy chodzić ze sobą – dokończyła ze smutkiem. I co ma zrobić? Kompletnie nie wiem jak ma zareagować. - Mam nadzieje, że nie zniechęciło cię to do ślubu – powiedziała niepewnie.
 - Nie, skądże – uśmiechnąłem się. – Wiesz, lepiej jeśli wrócę już do siebie. Cześć – uśmiechnąłem się, udając się w stronę bramy. Najlepiej będzie jeśli nikomu o tym nie powiem. Nel nie może się o tym dowiedzieć. Nie będę miał u niej żadnych szans. A wiem, że przyjdzie taki dzień, w który odważę się jej wyznać wszystko co do niej czuję i jak bardzo jestem zazdrosny, kiedy inny patrzy na nią pożądliwie. Jestem tego pewny.
Wszedłem powoli do domu. Na sofie siedziała wtulona w Jacka, Lea. Patrzyła przez chwilę na mnie podejrzliwie, jakby analizowała coś w głowie. Spojrzałem na nią zdziwiony, marszcząc brwi. To chyba nie wróży nic dobrego. Wygląda na wkurzoną. Naprawdę miłe powitanie we własnym domu, po męczącym dniu w pracy.
 - Gratuluje nowej dziewczyny – przeniosła wzrok na telewizor. Skąd ona wie? Właśnie przyjechałem do domu. Nie sądzę, by Lily powiedziała o tym komuś więcej niż przyjaciółką. Wątpię, by rozpowiedziała to po szkole, zresztą to się przed chwilą stało i nie miałaby jak.
 - Co? – uniosłem jedną brew.
 - Nie udawaj – prychnęła. – Nel dostała twoją wiadomość. Chciałeś przekazać jej coś WAŻNEGO. Nie musiałeś tak dosadnie.
 - Widziała to? – zapytałem przerażony.
Nie, nie, nie! To jest jakiś koszmar. Ona nie powinna tego widzieć. Będę musiał z nią jakoś o tym porozmawiać i wytłumaczyć wszystko. Tylko skąd ten SMS? Telefon miałem cały czas przy sobie. No może zostawiłem go w domu Lily na stole, kiedy udałem się do łazienki. Założę się, że to sprawka Toma. Od początku chciał nas skłócić. Stoję mu na przeszkodzie do ich związku. Nie wiem jak jej to wyjaśnię. Jeśli powiem, że to nie ja wysłałem tego SMS’a, nie uwierzy. Przecież to był mój numer. Jak mogło do tego dojść? Nie mogę zaprzepaścić sobie szansy u blondynki. Czuje się, jakby ktoś przywalił mi patelnia w potylice.
 - Widziała – westchnęła.
 - Muszę wszystko odkręcić – udałem się w stronę wyjścia.
 - Nie ma jej teraz w domu. Pojechali do dziadków – zatrzymała mnie. – Powiedz mi jedno – wyprostowała się. – Co ty kombinujesz?! – podeszła do mnie, tykając wskazującym palcem w pierś. Auć. Jack uniósł ręce w geście obronnym, gdy na niego spojrzałem. Tak, ta braterska więź, nawet mi nie pomoże. No, ale to ja się w to wkopałem i muszę wszystko odkręcić. - Całujesz ją i przepraszasz, a teraz to?!
 - Spanikowałem w tedy! – uniosłem ramiona. – Bałem się, że nie odwzajemnia moich uczuć – westchnąłem. – Idę do siebie – poszedłem zrezygnowany do sypialni.

*

Siedziałam na hamaku, analizując sytuacje sprzed kilku godzin. Powinnam się z tym pogodzić, ale… nie mogę. Chce, by James był szczęśliwy, ale Brown nie jest odpowiednią dziewczyną dla niego. Zepsuje go, tak jak to zrobiła z Hudsonem. Nie chce, żeby potem przez nią cierpiał. Nikt nie powinien przez nią cierpieć. Dlaczego takie osoby, jak ona zatruwają nasze środowiska, niszcząc je od środka? Myślą, że mogą wszystko, więc przywłaszczają sobie wszystko i wszystkich, nie patrząc na konsekwencje swoich czynów. Najgorsze jest jednak to, że większość ludzi nic z tym nie robi. To okropne. No nic… Przetrwam to, nawet, jeżeli będę miała zapłacić za to najwyższą cenę. Westchnęłam cicho przymykając oczy. Spokój, jednak nie był mi dany. Czując jak telefon wibruje w mojej kieszeni, stęknęłam niezadowolona. Wyciągnęłam go mozolnie ze spodni. Tom.

Od Tom:
Do Ja:
Moglibyśmy teraz kupić ten garnitur?
Mam jutro do załatwienia bardzo ważna sprawę.

Od Ja:
Do Tom:
Jasne ;) Tylko, że jestem teraz u dziadków, więc będziesz musiał poczekać na mnie w galerii.

Od Tom:
Do Ja:
Jasne, nie ma sprawy :D

Wyjaśniwszy dziadkom sprawę, pożegnałam się z nimi z lekkim żalem. Nie odwiedzałam ich często, więc wyjście wcześniej było mi nie na rękę, ale mu przecież obiecałam. Nie łamie się obietnic. W ogóle bez potrzeby się ich nie składa. Słuchając muzyki przez słuchawki, ruszyłam powolnym krokiem w stronę parku. Tak będzie szybciej. Roboty drogowe, spowalniają ostatnio ruch. Nie chce znów czekać dwudziestu minut, bo tak trzeba. Zastanawiam się, czy nie powinnam porozmawiać z Tomem o ty, że nie połączy nas nic więcej niż przyjaźń. Nie chce, by dawał sobie nadzieję na to, że kiedyś będziemy razem. O ile w ogóle o tym myśli, to nie byłoby sprawiedliwe. Wsiadłam do autobusu, który jechał w stronę parku. Usiadłam na jednym z wolnych krzesełek. Lubię obserwować ludzi siedzących w autobusach. Czasem mają zabawne miny. Nie chodzi mi tylko o staruszków. Kilkanaście minut później, wysiadłam tuż pod parkiem. Szłam na spotkanie z Tomem, zaopatrzona w playlistę. Wlepiając wzrok w tytuły piosenek, nie zauważyłam, kiedy zderzyłam się z Jamesem. Brunet złapał mnie w ostatniej chwili, łapiąc w pasie. Świetnie, musiałam na niego wpaść.
 - Nel – uśmiechnął się szeroko. – Hej!
 - Cześć – wysiliłam się na uśmiech. – Co tu robisz?
 - Biegam. Wiesz, muszę ci coś powiedzieć… - zaczął niepewnie. - A raczej wyjaśnić. To co widziałaś przed domem Lily… - podrapał się po karku. – To ona mnie pocałowała… I no… Nic do niej nie czuję – zakłopotany spuścił wzrok. Nic do niej nie czuje? To musiała być jej sprawka. – I to nie ja wysłałem ci tego SMS’a. Nie wiem jak to się stało. Przepraszam, że kłopotałaś się niepotrzebnie.
 - Nic nie szkodzi – uśmiechnęłam się z ulgą. – Muszę iść, spieszy mi się. Do zobaczenia! – krzyknęłam oddalając się.
On jej nie kocha! Nie kocha… Odetchnęła z ulga szczęśliwa. Nel 1, Lily 0! Tak. Teraz może przynajmniej mam u niego jakieś szanse. Było widać, że był zakłopotany, podczas, gdy mi to mówił. A może ten pocałunek na plaży, jednak coś dla niego znaczył? Przynajmniej jednego jestem pewna. Nie kocha jej. Powinnam być spokojna, ale jest wręcz przeciwnie. Czy to oznacza, że nigdy nie spojrzałby na małolatę, jak na kobietę? Jest pomiędzy nami dosyć spora różnica wieku. Jeszcze nawet nie skończyłam szkoły, nie mówiąc o tym, że nie wiem, czy nie zawalę roku przez angielski. Nie oszukujmy się… To stawia mnie na przegranej pozycji. Gdyby miał do wyboru dziewczynę, którą traktuje jak siostrę a dojrzałą kobietę w swoim wieku… Właśnie. Traktuję mnie jak siostrę. Powinno mi to dać do myślenia.
Stanęłam przy pasach, czekając z grupką ludzi na zielone światło. Przygryzłam wargę, przypominając sobie pocałunek na plaży. Nie potrafię o nim zapomnieć. On był moim pierwszym. Od tak dawna o tym marzyłam, a kiedy to dostałam… Nigdy nie zapomnę tego uczucia i mrowienia w brzuchu. Nawet z nim na ten temat nie porozmawiałam. Muszę to zrobić i przekonać się, czy rzeczywiście to był tylko impuls.
Zielone.
Ruszyłam w stronę parkingu galerii. Uśmiechnęłam się, widząc wysiadającego z auta, Toma. Pomachałam mu, gdy mnie zauważył.
 - Hej! – przytulił mnie niespodziewanie na powitanie.
 - Hej – zaskoczona, odwzajemniłam gest. – To co? – uśmiechnęłam się.
 - Nie mam dużo czasu – skrzywił się. – Mama powiedziała, że Lily z ojcem przyjdą do nas na kolacje.
 - Nie ma sprawy. Załatwimy to w miarę szybko – zaśmiałam się, ruszając w stronę wejścia. – Będziesz teraz mieszkał z panną idealną? – zapytałam zaciekawiona.
 - Yhum – westchnął zrezygnowany. – Do póki nie skończę szkoły, potem się przenoszę, jak najdalej od niej – spojrzał na mnie kątem oka. – Żeby jeszcze była jakoś miła albo znośna… - Zaśmiałam się.
 - To nie możliwe – poklepałam go po ramieniu. – Wybrałeś już sklep? – zmieniłam temat, przystając pod jednym ze sklepów z garniturami.
 - Tak, właśnie ten – zaśmiał się, wskazując na wejście.
Weszliśmy do środka, rozglądając się za jakimś garniturem.
 - Wolisz zaszaleć, czy może tradycyjnie? – zapytałam przeglądając smokingi. – Jak ubiera się ojciec Lily?
 – Chce założyć zwykły czarny garnitur z krawatem – westchnął, przeszukując stojaki. – Wolałbym zwykły czarny, może być trochę zwężany – podrapał się po brodzie.
 - Uhum… - zamyślona, grzebałam pośród wieszaków. – Co powiesz na to? – zapytałam, pokazując mu marynarkę.
 - Smokingowy? – zamyślił się. – Pokaż rozmiar – spojrzał na metkę. – Zaczekaj, za mały – zaśmiał się. – Potrzebuje dwa rozmiary większy.
 - Trzymaj – podałam mu wieszak, znajdując rozmiar. Chłopak uśmiechnął się do mnie, po czym ruszył w stronę przymierzalni.
Myślę, że będzie do niego pasował. Mimo, że nigdy nie był przekonany do garniturów smokingowych. Najwyraźniej musiało mu się coś odmienić. Zaczęłam oglądać muszki. Wzięłabym do tego klasyczną czarną. Bez żadnych udziwnień i bieli. Muszka ma być tylko dopełnieniem.
 - I jak? – zapytał wychodząc. – Mi się podoba. Bardzo – podniósł na mnie wzrok. – Super są te ścięte mankiety.
Podeszłam do niego, poprawiając rękawy. Zaśmiałam się cicho, widząc, że nie zapiął guzików marynarki. Nie lubi tego. Zapięłam je, starając się niczego nie zagnieść. Zawiązałam jeszcze muszkę. To bardzo przydatna umiejętność. A nie jest to specjalnie trudne. Poprawiłam ją, by się nie przekrzywiła.
Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Gdy zerknęłam kątem oka na jego twarz, parzył na moje wargi… Nie. Na pewno musiało mi się przewidzieć. Wymyślam. Wie przecież, że nie będzie pomiędzy nami niczego więcej, niż jest teraz.
Odsunęłam się kilka kroków do tyłu, po czym zilustrowałam go wzrokiem. Jest przystojny, bardzo.
 - Wyglądasz jak milion dolarów – uśmiechnęłam się szczerze. - Przymierzysz jeszcze te? – podałam mu dwa kolejne komplety.
 - Jasne – zaśmiawszy się, zaszył się w małym pomieszczeniu.
Wspólnie zdecydowaliśmy, że najlepiej prezentował się w pierwszym. Długo z nim dyskutowałam na temat tego, co powinien do niego założyć. Tom nigdy nie lubił muszek, jednak do tego kompletu właśnie ta będzie pasować. Krawat powinien zostawić na inne okazje. W końcu po wielu namowach, zdecydował się.
 - W takim razie ci zaufam, mimo, że ich nie lubię – puścił mi oczko. – A ty już coś wybrałaś? – zapytał, idąc w stronę przymierzalni.
 - Tak, kupiłam już – usiadłam na pufie, znajdującej się naprzeciwko pomieszczenia. – Nic ci nie zdradzę – uprzedziłam jego pytanie.
 - Skąd wiedziałaś? – zaśmiał się. – Jestem aż tak przewidywalny?
 - Nie jesteś – pokręciłam z rozbawieniem głową. – Przyjaźniliśmy się kiedyś. Nie zmieniłeś się za dużo – uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
Był mi kiedyś naprawdę bardzo bliski. W pewnym momencie, zaczęłam go spostrzegać nawet, jak kogoś więcej niż tylko przyjaciela. Czułam dziwny niesmak, kiedy inne z nim flirtowały, jednak to nie była zazdrość. Śmiał się ze mnie mówiąc, że musiałaby się znaleźć, taką jak ja, by z nią chodzić. Nie powiem, bardzo mi to schlebiało. Bardzo. Przez pewien czas sprawiał, że moje policzki były często czerwone i był głównym tematem moich myśli.