7/31/2017

Rozdział 7

Od ślubu minęły dwa dni. Tom nie odzywał się, więc uznałam, że zwyczajnie chciał mieć osobę towarzyszącą na uroczystość. Trochę mi przykro. Może jednak nie ma czasu na to, żeby napisać. Po za tym mówił, że wyjeżdża na trochę. Obiecał, że pokaże mi wszystkie zdjęcia, które zrobi. Zapewnił mnie, że parę z nich będę chciała namalować. Nie mogę się doczekać. Uśmiechnęłam się, widząc skończony portret Matt’a, obejmującego Elizę w pasie. Uroczo razem wyglądają. Dziewczyna poświeciła się prawie całą sobą, ślubowi. Wcale mnie to nie zaskoczyło, jednak Matt narzeka, że przez to w ogóle o siebie nie dba. Przede wszystkim się nie wysypia, chociaż rok akademicki, skończył się dla niej. Mimo, że nie mają dużo czasu na organizację, większość spraw ma już zapięte na ostatni guzik. Mężczyzna się o nią martwi. Nie chce, żeby coś się jej stało, a wszystko do tego prowadzi.
Odłożywszy ich portret by wysechł, na sztaludze postawiłam nowe płótno. Obiecałam pani Brown, że namaluję ją wraz z mężem. Wczoraj mi wysłała jedno ze zdjęć ślubnych. Cieszę się, że wkrótce zakończenie roku i mogę sobie pozwolić na spędzenie więcej czasu w pracowni. Uśmiechnęłam się widząc, jak ojciec Lilli przytula do siebie żonę. Wykonawszy początkowy zarys, usiadłam na fotelu, znajdującego się pod oknem. Może faktycznie powinnam dać szansę Lilli. Tom ją ode mnie dostał. Tylko, że… on żałuje tego co się stało. A ona? Nadal brnie w tą swoją grę, przekupywania wszystkich na swoją stronę. Czasami mam ochotę wykrzyczeć jej wszystko w twarz. Powstrzymuje mnie jednak to, że James się z nią zakolegował. Zastanawiam się jak wygląda ich relacja. Ona oczekuje czegoś więcej. Tylko czego? Czy naprawdę podoba się jej Scott? A może to kolejna z jej gierek? Mężczyzna widzi w niej prawdopodobnie tylko koleżankę. W takim razie dlaczego troszczy się o nią bardziej niż o przyjaciółkę? Rozumiem, może i jestem silniejsza niż ona, ale to nie oznacza, że nie potrzebuje tyle samo troski. Odkąd pamiętam, pakuję się w jakieś kłopoty. Czy moja przyjaźń z tą dziewczyną, była tylko kolejnym błędem mojego życia do kolekcji? Westchnąwszy, przymknęłam oczy.
 - Nel! – usłyszałam głos mojej rodzicielki, dochodzący z salonu. – Możesz mi przynieś ten zielony segregator? – zapytała z wyczuwalną nadzieją w głosie.
Jest padnięta. Wiem to. Czasami mam wrażenie, że zdecydowanie za dużo na siebie bierze. Jestem jednak pewna, że tata o nią dba i nie pozwoli, by zaniedbywała siebie i swoje zdrowie.
 - Już idę! – odkrzyknęłam, ruszając do ich wspólnego gabinetu.
Po raz tysięczny, przypatrywałam się zdjęciom zawieszonym na korytarzu. Moja rodzina zawsze była zgrana. Nie pamiętam nawet, żeby zaistniały jakieś poważniejsze konflikty. Owszem był kłótnie, ale kończyły się zawsze kompromisem. Kochałam ją za to, nie ważne jak bardzo źle się stanie, zawsze będziemy razem. Uśmiechnęłam się, widząc ślubne zdjęcie rodziców.
Wszedłszy do gabinetu. Rozejrzałam się po pólkach, jednakże nie znalazłam żadnego zielonego segregatora. Zajrzałam niepewnie, do szafki w biurku mamy. Jest! To musi być ten. Swoją drogę, ciekawe nad czym teraz pracują. Zawsze mi pozwalali patrzeć na dokumenty, pod warunkiem, że to co przeczytam zachowam dla siebie. Zajrzałam na pierwszą z kartek. Sąd… przyznaje prawa rodzicielskie państwu Adkins nad Nel Seyfierd. Co?! Nie, nie, nie… To jakaś chora pomyłka. Nie mogę być adoptowana! Przecież jestem bardzo podobna do mamy! To nie możliwe. Wyciągnąwszy kartkę, ruszyłam do salonu. Jak mogli to przede mną zataić? Przez osiemnaście lat myślałam, że jestem ich rodzoną córką! Rozumiem, że mogli się bać. Jednak nic nie tłumaczy tego, że to zataili! To dlatego nigdy nie widziałam mojego aktu urodzenia, mimo, że Max’a widziałam bardzo często. Mama bała się, że poznam prawdę. Weszłam wściekła do salonu, przykuwając uwagę zdziwionej kłamczuszki.
 - Jak długo?! – powiedziałam, niemal krzycząc. – Jak długo, zamierzaliście to ukrywać? – rzuciłam w nią dokumentem.
Podniosła go, zakrywając dłonią usta. Chciałbym wiedzieć, co teraz myśli. Zagryzłam wargę, próbując nie rozpłakać się. Przeniosła wzrok na mnie, chcąc podejść, ale się cofnęłam.
 - Nel… Daj wytłumaczyć – zaczęła.
Nim zdążyłam usłyszeć resztę, wybiegłam z domu, wpadając na tatę. Zdziwiony, chciał mnie zatrzymać, ale wyrwałam się mu. Nie zwracając uwagi na nic, przebiegłam przez ulicę, nie rozglądając się. W ostatniej sekundzie, usunęłam się z drogi, pędzącemu samochodowi. Przez swoją głupotę, mogłam stracić życie. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Biegłam tak szybko, jak tylko potrafiłam. Nie mając siły i czując ból w kostce, upadłam pod drzewem na kolana, dając upust moim łzą. Oparłszy się o pień drzewa, podkuliłam nogi. Rozumiem… Rozumiem, że nie chcieli mnie stracić. Nigdy bym jednak nie szukała swoich biologicznych rodziców. Oni nimi nie są, nigdy bym ich tak nie nazwała. To moi teraźniejsi rodzice zapewnili mi miłość i kochający dom. Christopher i Anne Adkins są moją rodziną. Kocham ich. To boli, że ukrywali przede mną prawdę. Jakby mi nie ufali. Podciągnęłam nosem, czując kolejne łzy, napływające do oczu. Zawiedli moje zaufanie.
 - Nel – wzdrygnęłam się na moje imię, wypowiedziane przez bruneta. – Nel – powtórzył, kucając przede mną. – Oni cię kochają. Zawsze byłaś i będziesz ich córką – dotknął mojego łokcia. – Neli, popatrz na mnie – siedziałam w bezruchu.
Jeśli przyszedł mnie przekonywać, że powinnam tam teraz wrócić, to może sobie iść. Nie chce ich na razie widzieć. Muszę wszystko przemyśleć. Nie jestem gotowa na konfrontacje z nimi. Nie teraz, gdy jestem roztrzęsiona. Poczułam jak siada naprzeciw mnie, stykając się swoimi nogami z moimi.
 - Neli popatrz na mnie – powtórzył cierpliwie z czułością. Niechętnie wykonałam jego prośbę. – Kochają cię – położył dłoń na moim policzku, ocierając kciukiem łzy.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam mu w oczy, próbując wykrztusić z siebie choćby jedno słowo. Jestem mu wdzięczna za to, że przy mnie jest. Potrzebuję go. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Nie chce, żeby widział we mnie osobę, która za wszelką cenę szuka pocieszenia. Wie, że taka nie jestem.
Nim zorientowałam się co się dzieje, siedziałam na jego kolanach, otulona jego ramionami. Wtuliłam się w niego, płacząc.
 - Też ich kocham – załkałam. – Boli mnie, że nie ufa…
 - Sh… - przerwał mi, głaszcząc mnie po włosach. – Nic nie mów, wiem – pocałował mnie w skroń. – Oni też wiedzą – zaczął się kołysać. – Błagam. Nie przebiegaj na drugi raz tak nierozważnie przez ulicę. Nie chce cię stracić – głos mu zadrżał.
Zacisnęłam mocniej ręce, słuchając bicia jego serca. Nie ważne jak bardzo moje życie skomplikuje się, James przy mnie będzie. Scott jest jak mój anioł stróż. Był zawsze przy mnie, gdy tego potrzebowałam. Nawet w tedy, gdy samochód potracił mojego psa. Uśmiechnęłam się, uspokajając się.
 - Dziękuje James – podciągnęłam nosem, nie odrywając się od niego. – Zawsze przy mnie jesteś.
 - Wiem, że ostatnio zawaliłem, ale to się nie powtórzy – szepnął. – Jest coś co chciałbym ci pokazać – zaczął niepewnie, odsuwając się ode mnie.
Spojrzałam na niego pytająco. Nigdy nie uważałam, że poznałam go do końca. Nie da się poznać dogłębnie drugiej osoby. Tak myślę. Jest tyle sytuacji, w których go jeszcze nie widziałam. Jeżeli jednak chce pokazać mi kolejną cząstkę siebie, z wielką chęcią się na to zgodzę.
 - Musisz mi jednak zaufać, nie ważne dokąd cię zaprowadzę – patrzył na mnie wyczekująco.
 - Zgadzam się – uścisnęłam lekko jego dłoń, chcąc dodać mu otuchy.
               Uśmiechnęłam się, czując nadal jego rękę na moim biodrze. Przez cała drogę mnie obejmował, jakby bał się, że zrezygnuję. Lubię czuć jego bliskość, działa na mnie uspokajająco. Pozwala opanować swoje emocje. Uśmiechnęłam się, widząc jego skupianą na drodze, minę. Jestem ciekawa co chce mi pokazać. Z minuty na minutę ona rośnie, kiedy czuje jak spina mięśnie, jakby nie był pewny tego co robi. Nie może być chyba aż tak źle. Prawda?
 - Jesteśmy – stanęliśmy przed dość dużym budynkiem, otoczonym starą poniszczoną bramą.
Spojrzałam na chłopaka, marszcząc brwi, kiedy pociągnął mnie w stronę uliczki. Zaczynam się coraz bardziej bać, tego co zaraz nastąpi. James by mnie nie skrzywdził, jestem tego pewna, ale ten budynek nie wygląda przekonująco. Wygląda jakby ktoś obdarłby go z tynku, pozostawiając dziury z nagimi cegłami. Okna są poniszczone, a w niektórych widać nawet pęknięcia. Cofnęłam się widząc tylko połowę schodów. Brunet spojrzał na mnie pytająco. Nie odpowiedziałam. Boje się tego co tam zastanę. Mężczyzna z powrotem objął mnie w pasie, chcąc dodać odwagi.
W końcu weszliśmy przez – o dziwo, nowe drzwi. Znajdowaliśmy się w średniej wielkości, nieco obskurnym hall’u. W ścianach były dziury, a po obu stronach wisiały wieszaki. W pomieszczeniu znajdowały się dwie pary drzwi. Na jednej z nich została przymocowana plakietka ze zdartym napisem. Przybliżyłam się do przyjaciela, bojąc się tego co mnie tu czeka. Ku mojemu niezadowoleniu, puścił moje biodro. Zamiast tego, złapał mnie za rękę, skręcając w prawo. Weszliśmy do prowizorycznego jadalnio-salonu. Zaskoczona spojrzałam na Scott’a.
 - Witaj w domu dziecka – uśmiechnął się smutno.
 - Dżejms! – z korytarza dobiegł nas głos małej dziewczynki.
Mała rzuciła się mu na szyję, wtulając się w niego.
 - Przysedłeś jus po mnie? – zapytała z iskierkami w oczach.
 - Nadal nad tym pracuję – puścił jej oczko, postawiając na ziemi.
Przyjrzałam się uważniej dziewczynce. Wyglądała na około pięć lat. Miała jasne blond włosy, sięgające do jej łopatek oraz duże niebieskie oczy. Zadarła lekko nosek, patrząc na mnie. Poprawiwszy swoją sukienkę, wciągnęła w moim kierunku swoja malutką dłoń.
 - Jestem Emily – uścisnęłam ją lekko, kucając przed nią. – Jesteś dziewcyną Dżejms’a? – wypaliła nagle. – Bo wiesz…
 - Nie, nie jest – zgromił ją wzrokiem.
 - Jak tam chcesz, tylko…
 - Emily – powiedział zirytowany.
 - No dobrze, trzeba było mówić, że to jest sekret – przytuliła się do mnie.
 - Wiesz, że może będę miała nowego tatusia? – wskazała na bruneta.
Spojrzałam na niego, spod uniesionych brwi. Nie powiedział mi. Najwyraźniej nie chce niczego zapeszać, rozumiem. Adopcja nie jest łatwym procederem. Jestem wdzięczna rodzicom, że mnie przygarnęli. Nie chciałbym mieszkać w takim miejscu. To nie przypomina domu. Dzieci nie powinny tu w ogóle przebywać. To wygląda bardziej jak zakład psychiatryczny. One potrzebują kochającego domu i rodziny.
 - Nie słuchałaś! – tupnęła nogą dziewczynka.
 - Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnęłam się, próbując stłumić śmiech.
 - To pobawis się ze mną? Dużo o tobie słysałam – uśmiechnęła się szeroko.
 - Emily! – zgromił ją James.
               Przez całe nasze spotkanie James pilnował, żeby mała nie powiedziała czegoś niekomfortowego dla niego. To było zabawne patrzeć, jak próbuje ją uciszyć, mam nadzieję, swoją przyszłą córeczkę. Razem wyglądają naprawdę uroczo. Przykro mi, że mała musi być z innymi dzieciakami w takim miejscu. Nawet nie chce liczyć ile dostała laurek, obrazków i zdjęć od dzieci. Przygryzłam wargę, czując napływające do moich oczu łzy. Dlaczego nikt się nimi nie zainteresuje? Te małe istotki są wspaniałe. Co prawda niektóre są rozrabiakami, próbującymi zwrócić na siebie uwagę. One potrzebują tylko odrobinę uwagi i miłości. Zdecydowana większość z nich będzie przez całe swoje życie w domu dziecka, dopóki nie osiągnie pełnoletności.
Czując jak James obejmuje mnie w pasie, wtuliłam się w niego. Pocałował mnie w czoło.
 - Będziesz przy mnie, gdy będę z nimi rozmawiała? – zapytałam, połykając łzy. – Nie chce być sama.
 - Nie będziesz – potarł moje ramię. – Będzie dobrze, zobaczysz. Jestem tego pewien – przepuścił mnie, bym weszła pierwsza do domu.
Weszłam niepewnie, rozglądając się. Spojrzałam na mamę, tulącą się do taty. Wiem, że płakała. Mężczyzna odwrócił w moim kierunku wzrok. Patrzyłam w jego zaszklone oczy, widząc w nich skruchę. Szepnął coś do mamy, bo ta od razu odwróciła się w moją stronę.
 - Nel! – podbiegła do mnie, zamykając w szczelnym uścisku. – Tak bardzo się bałam – pocałowała mnie w czoło, płacząc.
 - Skarbie, nie rób tak więcej – dołączył do nas tata, obejmując nas dwie. – Nigdy.
Siedziałam, czekając aż James przyniesie nam herbatę. Chciał sobie pójść, ale mu na to nie pozwoliłam. Wyegzekwowałam tylko to, by poszedł do mojego pokoju. Rozumiem, że chce dać nam chwile prywatności, ale obiecał, że mnie nie zostawi.
 - Dziękuję, kochanie – zwróciła się do James’a, mama.
 - Proszę bardzo – uśmiechnąwszy się, skierował w stronę schodów.
 - Długo starliśmy się dziecko – zaczęła mama – jednak wszystkie nasze starania szły na marne. Usłyszałam od lekarzy, że nie będę mogła mieć dzieci. W jednej chwili cały świat, zawalił mi się na głowę. Pewnego dnia tata zaproponował, byśmy zaadoptowali dziecko. Z początku podeszłam do tego sceptycznie. Bałam się, że nigdy nie zostanę pokochana jak matka. Jednak po długich namowach, zgodziłam się – spojrzała na swojego męża.
 - Kiedy weszliśmy do domu dziecka, usłyszeliśmy płacz. Uspokajały cię trzy opiekunki – zaśmiał się przez łzy. – Nie dawały sobie z tobą rady. Ani myślałaś o uspokojeniu się. Weszliśmy niepewnie do pokoju, widząc jak te trzy kobiety stoją nad twoim łóżeczkiem i zastanawiają się co zrobić. Kiedy podeszliśmy do twojego łóżeczka, natychmiastowo przestałaś płakać. Zaczęłaś się śmiać na nasz widok, wyciągając swoje rączki. Już w tedy wiedzieliśmy, że będziesz nasza – uśmiechnął się na to wspomnienie.
 - Dlaczego to przede mną ukrywaliście? – zapytałam nurtujące mnie pytanie.
 - Wiele razy próbowaliśmy zacząć ten temat, naprawdę – zapewniła mama. – Wybaczysz nam? – zapytała z nadzieją w głosie.
 - Już dawno to zrobiłam. Dziękuje – przytuliłam się do nich. – A teraz wybaczcie, ale James na mnie czeka – uśmiechnąwszy się, udałam do pokoju.
****
Cześć i czołem!
Witam ponownie.
Musicie wybaczyć, ale miałam kijowy net i nie dodałabym.
Pozdrawiam!


7/14/2017

Rozdział 6

Wysiadłam z auta Tom’a, rozglądając po parkingu. Jest tu strasznie dużo ludzi. Chyba tylko ja mam sukienkę w odcieniu niebieskiego. Dobrze, że nie kupiłam żadnej w kolorze różu i kremu. Strasznie dużo kobiet ma takie stroje na sobie. Zdecydowanie nie będzie to kameralne wesele, przynajmniej się na takie nie zapowiada. Jestem wdzięczna lekarzowi, że pozwolił mi tu dzisiaj przyjść. Stan kostki naprawdę mi się poprawił, mogę na nią deptać. Niestety o „podbijaniu” parkietów mogę pomarzyć. Mam jej zbyt nie przemęczać. Sama z siebie, pewnie nie dałabym rady dużo tańczyć. Gdy tylko przesadzam ze spacerami, czuję jak mi ona pulsuje. Chcąc nie chcąc bandaż na ręce również trudno ukryć. Tom powiedział, że z nim wyglądam równie pięknie, jak bez niego. Spojrzałam na uśmiechniętego chłopaka, który podał mi dłoń. Chwyciwszy go pod rękę, udaliśmy się w stronę kościoła. Spojrzałam jeszcze raz na jego uśmiechniętą twarz. Ciekawe co sobie teraz myśli. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. Co prawda nie rozmawialiśmy ze sobą na korytarzu, ale obserwowałam go. Mógł sprawiać pozory szczęśliwego, ale taki nie był. Miał wciąż smutne oczy. Żałował, ale nie potrafiłam mu tego wybaczyć, a co dopiero zapomnieć. Teraz to nieważne. Zaczynamy wszystko od nowa, Tom przepuścił mnie, bym usiadła pierwsza w ławce. Rozejrzałam się po kościele, ale nigdzie nie dostrzegłam bruneta. No cóż. Wyszło chyba nawet tak, że mamy podobnego koloru stroje dzisiaj. Wpadłam na to, jadąc tu. Odwzajemniłam uśmiech Toma, który mocniej ścisnął moją dłoń.
 - Widzisz jak się na ciebie gapią? – zapytał szeptem, na co zachichotałam.
Klepnęłam go w ramię, nie wiedząc jak zareagować. Wyglądam bardzo ładniej, ale zdecydowanie to nie przekłuwam wzrok gości. Wszyscy czekają na pannę młodą. Pani Hudson, odkąd pamiętam traktowała mnie jak córkę. Kiedy straciłam kontakt z jej synem, samoistnie straciłam również z nią. Kiedyś nawet zapytała mnie co się stało, pomiędzy mną a nim. Nie powiedział jej co się stało. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ Tom, zawsze wszystko jej mówił. Była dla niego jak przyjaciółka. W końcu, dowiedziała się prawdy od moich rodziców. „Niezapowiedzianie wpadła” na kawę. Dobrze wiem, że chciała się wszystkiego dowiedzieć. Wiedziała, że moi rodzice będą znali prawdę.
W świątyni rozbrzmiał Pachabel Canon. Wstawszy, odwróciłam się w stronę dywanu. James? Zerknęłam na ławkę przede mną. Tak, to on. Dlatego go nie zauważyłam. Spojrzałam na jasnoniebieską sukienkę Lilli. No tak, mogłam się tego spodziewać. Czyli nie tylko ja mam sukienkę w odcieniu niebieskiego. Przygryzłam wargę, czując na sobie wzrok bruneta. Zignorowałam to, patrząc na parę młodą. Pani Hudson wyglądała naprawdę pięknie. Miała długą do ziemi suknie z tiulem, której gorset był z koronki. Koniec jej welonu niosły dwie małe dziewczynki. Razem wyglądali zjawiskowo. Panna młoda odłożyła swój bukiet z czerwonych róż, po czym klękli.
               Tom pomógł wysiąść mi z auta. Jak na miliardera przystało pan Brown chciał, by wesele odbyło się w zamku. To trochę zabawne. On jest zupełnie innym człowiekiem. Nie jest jak Lilli. Często słyszałam jak rozmawia z rodzicami o tym, że chciałby, żebym się znów zaprzyjaźniła z jego córką. Cały czas płaci dyrektorowi, mając nadzieję, że pewnego dnia jego córka zmieni swoje postępowanie. Odkąd przestałyśmy się przyjaźnić, dziewczyna zmieniła się do poznania. Naprawdę nie wiem co ją tak zmieniło. Nagle zaczęła mnie upokarzać. Na początku chciałam z nią porozmawiać. Nie dałby mi nawet dojść do słowa. Cieszę się, że mam dziewczyny i, że nie jestem sama.
Chłopak podawszy mi bukiet kwiatów, sam wziął duże pudło z prezentem. Stwierdził, że kupi im zegar do sypialni, który kiedyś oglądał z matką, obecnie panią Brown. Uśmiechnęłam się, widząc przekrzywioną muszkę chłopaka. Poprawiwszy ją, ruszyliśmy w stronę młodej pary. Głupio mi było ignorować spojrzenia James’a, ale jestem tu z Tom’em i to jemu powinnam poświęcać najwięcej uwagi. Widząc szeroki uśmiech panny młodej, skierowany w moja stronę, odwzajemniłam go. Odebrawszy kwiaty, uścisnęła mnie mocno.
 - Bardzo się cieszę, że przyszłaś. Wyglądasz zjawiskowo – uśmiechnęła się.
 - Nie tak jak pani – odwzajemniłam uśmiech. – Cieszę, że znaleźli państwo swoje szczęście – skierowałam się do obojga, podając panu Brown rękę.
 - Ja również – uśmiechnął się szeroko. – Mam nadzieję, że kiedyś pogodzisz się z moją córką, nie wiem co się z nią stało – westchnął.
Pożegnawszy się, udaliśmy się do środka. Tom poprowadził mnie do stolika, przy którym mieliśmy siedzieć. Chłopak wyjaśnił mi, że będziemy siedzieli z jego przyjaciółmi. Odkąd pamiętam zawsze przyjaźnił się z Eric’iem. Oni są jak bracia, mimo, że nie mają wspólnej matki.
 - Nel! – zawołał blondyn. – Nie spodziewałem się, że zgodzisz się z nim pójść – zaśmiał się, podając mi rękę. – Naprawdę, obstawiałem, że kopniesz go w tyłek.
 - Przymknij się Carter – Tom zgromił go wzrokiem, na co parsknęłam śmiechem. – Mam nadzieję, że jego docinki nie zepsują ci wieczoru – szepnął mi na ucho, a ja zachichotałam.
 - Nie musisz się tego obawiać – poklepałam go po ramieniu.
 - Jeżeli chcice pobyć sami, ulotnimy się z Susan na chwilę – zerknął na dziewczynę.
Wiedziałam, że w końcu będą razem. Eric zawsze się jej podobał. Za każdym razem, gdy wspominał o innej siedziała naburmuszona i docinała mu. Po części ją rozumiem. W pewnym momencie jednak przesadziła. Kiedy chłopak zauroczył się na poważnie… O ile tak to można nazwać, wystraszyła  ją mówiąc, że ma chorobę weneryczna i założył się z chłopakami, że zarazi połowę dziewczyn ze szkoły. Nie odzywał się do niej przez długi czas, mimo, że przepraszała go przy każdej możliwej okazji. Pewnego dnia, gdy siedzieliśmy przy stole, Tom oznajmił, że dziewczyna się przeprowadza. Owszem była to prawda, ale Eric miał o tym nie wiedzieć. Nie chciała mu o tym mówić. Kiedy dowiedział się, że powinna być już w drodze do Nowego Jorku, bezzwłocznie pojechał pod jej dom. Jego zachowanie było tak nagłe, że zainteresowała się nim cała publiczność, siedząca na stołówce. Z tego co widzę, to udało się im.
Oczy wszystkich gości, zwróciły się na pierwszy taniec młodej pary. Suknia matki Toma, wirowała za nią, gdy tańczyli walca angielskiego. Naprawdę razem wyglądali uroczo.
 - A teraz powiedz mi kim jest ten brunet, który ciągle się na ciebie patrzy – zachichotała Susan.
Zmarszczyłam brwi nie wiedząc o co chodzi. Przecież nie znam tu nikogo oprócz ich i… Głupia. Chodzi jej pewnie o James’a. No tak obiecałam mu, że z nim zatańczę.
 - Mówisz o facecie, który przyszedł z Lilli? – zapytałam.
 - No tak. Oni są razem? – zapytała nagle, przyglądając się blondynce. – Łasi się do niego gorzej niż kot.
 - Nie, nie są – roześmiałam się. – Ona raczej liczy na coś więcej – przygryzłam wargę, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
 - Mogę panią prosić do tańca? – podskoczyłam, czując czyjąś rękę na ramieniu.
Mam nadzieje, że nie zrezygnuje z powiedzenia mi tej rzeczy. Skoro ona jest ważna, chciałbym wiedzieć. Po za tym już zaczął, więc wypadałoby skończyć. Widziałam jego zakłopotanie, a więc naprawdę to musi być ważne. Błagam, niech to tylko nie dotyczy Lilli. Mam jej dość. Nie chce, żeby mieszała pomiędzy nami jeszcze bardziej.
Uśmiechnęłam się do Tom’a, czując jego wzrok na sobie. Odwzajemnił go niemalże od razu. Kapela zaczęła grać naszą ulubioną piosenkę, więc chłopak okręcił mnie. Mimo tego, że pokłóciliśmy się na długi czas, nadal mam sentyment do tej piosenki. Byliśmy w tedy nad morzem z rodzicami. Za każdym razem ta piosenka leciała, kiedy leżeliśmy na plaży. To byłe niezapomniane wakacje.
Nie sądziłam, że będę się tu tak świetnie bawiła. Mimo, że zbliża się godzina druga w nocy, czuję, jakbym dopiero tu przyszła. Cieszę się, że mogłam znowu spotkać się z Susan i Eric’iem. To było urocze, kiedy oświadczył się jej podczas walca. Dziewczyna musiała doprowadzić się w łazience do porządku, co nie było łatwe. Gdy patrzyła na pierścionek na swoim palcu, zanosiła się płaczem. Udałam się w stronę tarasu, chcąc odsapnąć, ponieważ zrobiło się duszno. Przystanęłam w progu, widząc sylwetkę James’a, opierającego się o balustradę. Stanęłam koło niego, podziwiając widoki. Przed nami roztaczało się jezioro, w którym odbijało się rozgwieżdżone niebo. Mimo tego, że nasz pocałunek był tylko impulsem z jego strony, nie żałuje tego. Gdybym mogła, powtórzyłabym go jeszcze raz. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
 - Nel – odezwał się po kilku minutach. – Muszę ci coś powiedzieć – zaczął. – Pamiętaj – odwrócił się w moją stronę – mimo to, nadal jest dla mnie bardzo ważna – patrzył mi w oczy. – Nie ważne co się stanie – wtuliłam się w niego.
Zaskoczony, zacisnął w około mnie swoje ramiona. Słuchałam bicia jego serca, chcąc się uspokoić. Boje się tego, co ma mi powiedzieć. A co jeśli jest chory na nowotwór? Albo grozi mu niebezpieczeństwo? Nie chce, żeby coś mu się stało. Nel, nie panikuj. Nic jeszcze nie powiedział, a ty już wymyślasz najgorsze scenariusze. Może to w cale nie będzie takie złe? Tylko dlaczego mam złe przeczucia? Wtuliłam się w niego bardziej, nie mogąc powstrzymać cisnących się do moich oczu łez. Nie mogę się teraz rozpłakać. Nie dał mi nawet jeszcze powodu ku temu. Opanuj się Nel.
Odsunął się ode mnie, z czego nie byłam zadowolona. Objął moja twarz dłońmi, pocierając policzki kciukami. Patrzyłam mu w oczy, próbują cokolwiek z nich wyczytać. Moje staranie jednak poszły na marne. W jego oczach była pustka.
 - Nel, ja…
 - James – przerwała mu Lilli – tu jesteś. Szukałam cię wszędzie – chwyciwszy go za rękę, pociągnęła w stronę wyjścia. Brunet posłał mi przepraszające spojrzenie, a blondynkę zgromił wzrokiem. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Już miał coś powiedzieć, ale dziewczyna krzyknęła do swoich znajomych, że musi im kogoś przedstawić.
Odwróciłam się z powrotem w stronę jeziora. Dlaczego ona zawsze pojawia się w tedy, kiedy nie powinna. Mam tego dość. Nie mogę spędzić z nim nawet chwili sam na sam. Rozumiem, że przyszedł tu z nią, ale ona go zamyka w złotej klatce jak ptaszka. Jest moim przyjacielem i chyba mam prawo z nim porozmawiać, bez niej i otoczenia innych.

**

Położyłam się z powrotem na łóżku, otulając się szczelnie kołdrą. Świetnie. Muszę zostać dzisiaj cały dzień w łóżku. Musiałam rozchorować się akurat teraz. Nie wiem kiedy ostatni raz chorowałam. Może to przez to, że stałam na tym tarasie potem przed dobrą godzinę, a za ciepło nie było. Chwyciłam się za „pękającą” mi głowę. Mam gorączkę i nie jest kolorowo. No, ale w końcu to moja wina, nawet nie pomyślałam o czymś na wierzch. Chociaż i tak wolę gorączkę niż katar. Zwinęłam się w kłębek, patrząc na wyświetlacz telefonu, który wskazywał godzinę czternastą. Uśmiechnęłam się widząc zdjęcie z przyjaciółmi. Cała szóstka znajdowała się na wygaszaczu mojego ekranu. Zamknęłam oczy, kiedy po pokoju rozległ się dźwięk, przychodzącej wiadomości. Otworzyłam niechętnie wiadomość. James.

Jesteś wolna? ;D
Wyskoczymy gdzieś razem?

Mimowolnie się uśmiechnęłam.

Sorki, ale jestem chora -,-

Czekałam na odpowiedzieć, ale nie odpisał. Cóż. Zamknęłam z powrotem oczy, czekając na sen. O niczym innym w tej chwili nie marzę. Zwinęłam, zasypiając, kiedy za mną ugiął się materac. Odwróciłam się, chcąc upewnić się, czy to na pewno brunet. Nie myliłam się. Uśmiechnął się, zakładając kosmyk moich włosów za ucho. Objął mnie ramieniem, więc wtuliłam się w niego, okrywając kołdrą. Co ja robię, będzie chory. Głupia.
 - Będziesz chory – chciałam się odsunąć, ale nie pozwolił mi na to.
 - Nie ważne, chce być z tobą kiedy męczysz się z tym choróbskiem – pocałował mnie w głowę, zamykając oczy. – Lilli zaprosiła mnie na randkę – oznajmił po chwili. – Nie zgodziłem się.
Przytaknęłam cichym „Yhum”, zasypiając, słuchając jego bicia serca. Naprawdę nic do niej nie czuje. Szkoda, że ona mu tak łatwo nie odpuści. Już myśli, że jest cały jej. Mogę tylko patrzeć, jak znowu odbiera mi osobę, którą kocham. Cóż… Może właśnie tak miało być. Nie zmienię tego.